Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Posts Tagged ‘Tomas Alfredson

Inteligencja jest sexy. Szpieg.

3 Komentarze

Był kiedyś taki piękny czas w historii kina, kiedy o wartości bohatera stanowił jego majestat, adekwatny do roli którą odgrywał – i to bez względu na gatunek filmu, w którym się tym bohaterem zachwycaliśmy. Był to czas, kiedy zachwycaliśmy się budzącym grozę wampirem, kiedy porywała nas wiedza sędziwego czarodzieja czy kiedy nęciła nas inteligencja i pomysłowość szpiegów – świat wiedział na czym stoi. Niezmiennie, posągowo wręcz.

Minęły dekady i okazało się, że widz najwyraźniej zmęczył się powtarzalnością oglądanych postaci. Świat poszedł naprzód i trafiliśmy do czasów lalusiowatych wampirów, nastoletnich czarodziejów i fircykowatych tajnych agentów, bazujących na gadżetach wyprzedzających epokę o jakieś dwa stulecia. Kino zaroiło się od genialnych dwudziestoletnich biomolekułogeofizyków płci obojga, którym torsy świecą jaśniej od jarzeniówki w areszcie, a biusty ledwie mieszczą się w skromnych naukowych kitlach podkreślających „naukowy” status odgrywanej roli. Co gorsza, ludzkie umysły tak się przyzwyczaiły do nowej ikonografii, że cały sceptyzm i umiejętność refleksji schowały się głęboko do szafy, jakby ze zgrozą oczekiwały jeszcze gorszych czasów. I czasami tylko wychylają się, łypiąc ostrożnie zza winkla, z rozpaczliwą desperacją szukając nowego punktu odniesienia, iskierki nadziei czy chociażby hołdu temu kinu sprzed lat, gdzie atrybutem aktora była pojemność mózgu a nie rozporka.

Drogi sceptycyzmie, szanowna refleksjo, wyjdźcie z szafy, iskierkę rozpalono. Otóż w kinach obecnie przebywa „Szpieg” Tomasa Alfredsona. Oparty o prozę Johna Le Carre, twórcę m. in. „Wydziału Rosja” czy „Krawca z Panamy”, film o nieustającej walce pomiędzy wywiadami dwóch największych europejskich graczy zimnowojennej olimpiady szpiegów i zabójców, okazuje się być wielkim znakiem drogowym z napisem „do PRAWDZIWEGO kina szpiegowskiego – tędy”. I, co ciekawe, w dobrą stronę prowadzi.

Fabuła – rozkosznie prosta, bez komplikacji i narracyjnych dziwactw. Na szczycie MI6 stoi pięciu ludzi. Jeden z nich pracuje dla Rosjan. Do odnalezienia go zatrudnia się człowieka „z zewnątrz”, byłego pracownika wywiadu, usuniętego wraz z poprzednim szefem. George Smiley (Gary Oldman) powolutku, bez nagłego drgnięcia powieką czy wyraźnego podnoszenia głosu rozpoczyna snucie swojej pajęczyny domysłów, uruchamiając siatkę współpracowników, analizując, śledząc, wspominając.

Niewiele? To może dorzucę jeszcze jeden kamyk: oto oglądamy w bezustannym napięciu świetnie napisaną historię, w której każdy dialog ma znaczenie, każde zbliżenie kamery przekazuje emocję bohaterów, a każda przekazana emocja bohaterów jest kolejną wskazówką do rozwiązania zagadki przez widza. I napięcie nie ustępuje, mimo iż większość filmu jest opowiedziana bliskimi planami, bez wyraźnej dynamiki czy szybkiego montażu. Bliskość planów, wespół z ziarnistą taśmą filmową (przypominającej zbyt nisko ustawione ISO) i z szarością obrazów pochmurnej Anglii bardzo plastycznie oddają klimat szachowych niemal rozgrywek osadzonych w rzeczywistości brytyjskiej trzy dekady temu. W kadrze jest szaro, deszczowo, depresyjnie. Ja nie mogłem oderwać wzroku.

Jak na film, wokół którego oczekiwania rosły niczym Jaś pasiony czarodziejską fasolą – to osobiście nie mogę wyjść ze zdumienia, że jest to chyba pierwsza chyba tak szeroko reklamowana produkcja, która nie okazała się – w dowolnym stopniu – niewypałem. Mimo wszechobecnej promocji i zachwytów znajomych – co, jak sami pewnie wiecie, poprzeczkę stawia zazwyczaj wysoko – film mnie zaczarował. Scenariuszem, stylem, techniką, obsadą. Kolejność elementów zupełnie przypadkowa.

„Szpieg” jest magiczny. I to pod wieloma względami. Z kina wyszedłem pod wielkim wrażeniem – i to nie tylko z powodu właśnie obejrzanej historii, ale także – a może nawet: przede wszystkim – uradował mnie powyżej przytoczony fakt, że mainstreamowe kino przypomniało sobie, iż kiedyś naprawdę był taki czas, kiedy pokazywało historie pełne dramaturgii i zaskakujących zwrotów akcji bez uciekania się do coraz to większej liczby rdzeni w procesorach kart graficznych speców od efektów specjalnych. W „Szpiegu”, zarówno na poziomie treściowym i formalnym, wszystko wydaje się być zaplanowane i doprecyzowane niczym prawdziwa akcja służb specjalnych. Poszczególne elementy kompozycji kadru świetnie odzwierciedlają bieżące chwyty narracyjne, w tle pobrzmiewają echa wielkich mocarstwowych zmagań a nad wszystkim czuwa mimika i gestykulacja Gary’ego Oldmana, który pojęcie aktorskiego minimalizmu rozwinął niczym czerwony dywan po którym – na co liczę – w marcu dziarskim krokiem pomaszeruje po odbiór Oscara.

I chociaż przyznać trzeba, że Oldman kradnie większość show, to nie można zapomnieć o pozostałej części obsady „Szpiega”, która jest mocna co najmniej jak rezerwy polskiej kadry siatkarskiej. Pomijając świetne role Colina Firtha czy Marca Stronga, którym złe role zwyczajnie rzadko się zdarzają; to w końcu – w końcu! – po trzech latach od „Bronsona” zobaczyłem naprawdę porządną grę aktorską Toma Hardy’ego, który miał to nieszczęście, że trafił szufladki „pięknych niepokornych”, gubiąc przez to swój sceniczny potencjał, tak silnie uwidoczniony w opowieści o najbardziej brutalnym przestępcy w historii brytyjskiego więziennictwa. Nie zapominajmy: „Szpieg” jest o ludziach nieładnych. Są starzy, zaniedbani, zbyt otyli, zbyt szarzy, zbyt angielscy. Alfredson pokazuje, że tacy ludzie istnieją naprawdę, że populacja nie składa się z miliona everymenów i jednego przystojniaka, który musi być agentem (a jak nie jest to i tak nim zostanie). Szpiedzy są rzeczywiście tacy jak my, mają potargane włosy, śmierdzące dymem ubrania a w sytuacjach kryzysowych nie pędzą do łazienki aby poprawić biel swojego uśmiechu. A jednak, mimo wszystko, wciąż zdajemy sobie sprawę, że oglądamy tych szarych ludzi, którzy w ciągu doby byliby w stanie wywołać trzecią wojnę światową. Są potwornie inteligentni, są potwornie intryganccy. A przez to – w zapomniany już chyba sposób – jawią się potwornie ponętnie. I jest to jeden z największych atutów całego filmu,

Być może, na poziomie próby zachęty powyższy tekst to niewiele. Bo, przecież, czy Matt Damon nie rozgryzłby zagadki w przeciągu dwudziestu minut, nie tracąc czasu na żadne retrospektywy, ograniczając kontakt z ludźmi do ewentualnego kopania oczywistych sprawców? Czy Daniel Craig nie rzucił by jednego spojrzenia swoich bladoniebieskich oczęt, powalając na kolana żeńską część populacji Zjednoczonego Królestwa, która bez wątpienia wyrzuciłaby namiętnym tonem wszystkie grzeszki swoich meżów i przełożonych? A co robi Gary Oldman? Nic. Patrzy w okno. I zbiera dane. Śledzi. Analizuje. Wspomina. Wygrywa. Bo „Szpieg” to film o myśleniu właśnie; o tym, jak uczynienie ze swoich myśli oręża jest przydatne i jak wiele można przy jego użyciu zdziałać. Oczywiste? Rozejrzyjcie się wokoło – chyba jednak nie bardzo. Bohater Oldmana robi to, aby rozwikłać intrygę. Reżyser „Szpiega” robi to, aby nam, widzom, przypomnieć, że istnieje alternatywa.

Reklamy

Written by wroobel

Grudzień 5, 2011 at 12:54 am