Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Posts Tagged ‘kevin macdonald

Prorok utracony. „Marley”, reż Kevin Macdonald.

leave a comment »

Z okazji otwarcia Krakowskiego Festiwalu Filmowego miałem okazję zobaczyć najnowszy film Kevina Macdonalda. Nie jestem ani wielkim miłośnikiem reggae ani też pochłaniaczem filmów o muzyce, ale tym razem mój sceptycyzm musiałem odwiesić na kołek razem z płaszczem. „Marley” to bardzo ciepły, bardzo poruszający obraz o jednej z najbardziej ikonicznych i rozpoznawalnych na całym świecie postaci związanych ze sceną muzyczną. Ten prawie dwuipółgodzinny dokument podejmuje próbę uczłowieczenia Marleya, ukazania go poza nimbem chwały którym został otoczony. Macdonald powiedział wczoraj, że spędził sześć lat na zbieraniu materiałów, gromadząc wywiady z przyjaciółmi i rodziną, przekopując archiwalne audycje radiowe i telewizyjne. Ogrom tego reaserchu jest widoczny przez cały czas trwania „Marleya”.

Czy próba odbrązowienia tego posągu się udała? Uważam, że nie – ale nie ma w tym winy reżysera tylko samego Boba Marleya, który, po wczorajszym seansie, okazuje się być człowiekiem niemal idealnym. I wahałem się przy użyciu słowa „niemal”.

Nie zrozumcie mnie źle; fanem Marleya nigdy nie byłem. Znałem może dziesięć jego piosenek; tych których po prostu nie sposób nie znać; wiedziałem że umarł na raka – i to w zasadzie tyle. Celowo pomijam reggae, dredy, skręty i kolorowe czapki – to akurat kultura masowa wchłonęła tak mocno, że chociażbym chciał, to znajomości tych atrybutów się nie wyprę. I tak właśnie, jako skończony dyletant, wylądowałem wczoraj na seansie.

Wydarzenia w filmie są poukładane chronologicznie – od narodzin do pogrzebu. Odpuszczam sobie relację treści – ilość zebranego materiału jest rzeczywiście imponująca i byłbym koszmarnie nieprecyzyjny – ale najważniejsze jest to, że poznajemy Marleya jako człowieka z krwi i kości, z którego jego muzyka i własne przekonania stworzyły kogoś na kształt współczesnego proroka. Dlatego wydaje mi się, że naprawdę ciężko miał Macdonald, chcąc przywrócić dzieciom wizerunek ojca a nie posągu, który głównie zapamiętały. Marley był… unikalny. Pieniądze rozdawał biednym i potrzebującym, jednoczył strzelających do siebie zwolenników partii politycznych; aby zagrać koncert na powstanie Zimbabwe sam sfinansował koszty transportu sprzętu a żeby dotrzeć do czarnej publiczności w USA występował, już jako światowa gwiazda, jako support dla mało znanego zespołu. Oczywiście: nie był zbyt dobrym ojcem, był związany z siedmioma różnymi kobietami (które o sobie wiedziały), był człowiekiem rygorystycznym i silnie związanym z ruchem rastafariańskim.

Co z tego jest prawdziwą wadą? Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Dzięki swojej wierze w Jaha był tym, kim był: Mesjaszem Jamajki; żadna kobieta nie śmiała zachować go dla siebie (żadnej by też nie posłuchał) a kosztem relacji z własnym dziećmi ratował cudze od śmierci głodowej. „Marley” zrobił na mnie kolosalne wrażenie: o to człowiek, który chciał uleczyć cały świat a jego jedynym marzeniem było ujrzenie ludzkości zjednoczonej. I wierzył w to. Dla nas, twardych realistów, to mrzonka, ale teraz już wcale nie jestem pewien czy, gdyby nie rak, Bob Marley nie byłby w stanie tego uczynić.

Polecam gorąco. Ja na pewno do filmu wrócę.

Reklamy

Written by wroobel

Maj 29, 2012 at 3:05 pm

Napisane w Prawie krytycznie

Tagged with ,