Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Zasypanie nudą. Niebo nad Saharą.

leave a comment »

Ta recenzja powinna składać się z dwóch słów.

———–
Nie idźcie.
———–

I autentycznie nie mam więcej ochoty pisać o tym filmie. W sumie się można się zastanowić dlaczego tak niewdzięcznie traktuję tą superprodukcję francuską, na tle piasku pisaną i z prawie wojną w okolicy – ale, uwierzcie, właśnie wróciłem z kina i mam swoje powody.

Na dobrą sprawę (i dobry początek), to nie jest zły film. To nie tak, że zarzucam Francuzom kompromitację melodramatu. Marion Cotillard jest ładna, Guillaume Canet też przecież niebrzydki, zdjęcia lotne, a jakże, wszak o samolotach traktują. Ale nic nie zmieni faktu, że Niebo nad Saharą jest koszmarnie nudne.

(i na pewno nie pomaga fakt oglądania filmu o pustyni, kiedy za ścianą rozkosznie klimatyzowanej sali kinowej rozpościera się królestwo trzydziestostopniowego upału)

Zakładając, że ktoś się może postukać z politowaniem po głowie i zapytać: „czy nudny melodramat to aby nie tautologia?”, śpieszę z odpowiedzią, iż nie piszę tu o braku akcji jako takiej – a o koszmarnej beznamiętności oglądania pejzażu Sahary za którym to nie idzie żadna realna konkluzja. Idą. I idą. I idą. Ucieka wielbłąd. Idą dalej. Ucieka drugi wielbłąd. Idą. Padają. Koniec. Zastanawiam się, scenopis przekroczył wielkość kartki A4, nie licząc kartek z powieleniami scen. Ponadto film jest oparty o autentyczne wydarzenia – i oddam pierwszego wygranego totolotka temu, kto wytłumaczy mi co kierowało twórcami, wybierając tak nieciekawy temat? Po dłuższym namyśle, w dostojnej zadumie przyznaję, że nie mam zielonego pojęcia. A kolejny totolotek dla śmiałka, który podejmie się wyjaśnienia, czemu ten film trafił do polskich kin z dwuletnim opóźnieniem? Nie można go było sobie darować?

Największym jednak zarzutem do „Nieba nad Saharą” wydaje się być to, że wszystko co w nim jest opowiadane, zostaje porzucone, nawet nie w połowie wątku, ale czasami po kilku pierwszych ujęciach. Zarysowanie kontekstu historycznego? Bez żartów. Powstanie Tuaregów przeciwko Francuzom? Zapomnijcie. Poszukiwania zaginionego pilota? Niekoniecznie. Motyw drogi przez pustynie z obowiązkowym katharsis pomiędzy jedną a drugą wydmą? Przykro mi. A może rodząca się w pięćdziesięciostopniowym upale miłość zrozpaczonej lotniczki i posępnego i zasymilowanego z tubylcami żołnierza? Ech, kochani, po co Wam pytania takie stawiać skoro i tak zaśniecie w okolicach połowy seansu?

Poduszki i koce warto brać do kina z również z tego względu, że film jest koszmarnie statyczny; na domiar złego, ujęcia posklejane bez żadnej harmonii: część się dłuży; część umyka zanim się człowiek przyjrzy. Dysonans poznawczy murowany. Drugoplanowi bohaterowie swoją żywotnością przypominają Garfielda w poniedziałkowe poranki a ich dialogi nie prowadzą do absolutnie żadnych wniosków Jedyny rzeczywisty ładunek emocjonalny „Nieba nad Saharą” mieści się w ostatnich piętnastu sekundach seansu, okraszonych ładną acz straszliwie melancholijną muzyką.

Jak chcecie melodramatu to wróćcie do „Casablanki” albo chociaż do „Love story”. A taniej się śpi we własnych łóżkach.

Written by wroobel

Lipiec 14, 2011 at 10:22 pm

Młodych wsparcie. Super 8.

leave a comment »

Abrams ze Spielbergiem napięcie budować potrafią. Moje informacje o filmie ograniczały się do obejrzenia pierwszego trailera a ten zasugerował mi coś pomiędzy Projekt: Monster Reevesa a Górą Czarownic Fickmana. Co było dla mnie zagwozdką; bo jak można połączyć paradokumentalny horror sf z familjną bajką o kosmitach?

Okazuje się, że można – chociaż miałem niejasne wrażenie, że film gubi czasem rytm i do końcowych napisów ekipa nie mogła się zdecydować, do kogo adresować będą Super 8. Trudno mi zdecydować czy to jest plus czy minus, ale.. po kolei.

Z opisu dystrybutora możemy się dowiedzieć, że Latem 1979 r. grupa nastolatków z małego miasteczka w Ohio kręci amatorski film na taśmie 8 mm. Są świadkami katastrofy kolejowej i podejrzewają, że nie była ona przypadkowa. Wkrótce potem w mieście mają miejsce niezwykłe zjawiska, a miejscowy szeryf próbuje odkryć prawdę – coś bardziej przerażającego, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Czyli skoro jest “przerażająco”, a przy okazji pada stwierdzenie “grupa nastolatków”, to od razu na myśl przychodzi jeden gatunek filmowy. Horror. Bo, wiecie, w Teksańskiej masakrze… też była “grupa nastolatków”. I w Oszukać przeznaczenie również. Także w Krzyku, Haloween i chyba każdym brutalnym slasherze ostatniej dekady albo dwóch. Jednym słowem – dzieci do kina nie zabieramy.

Moje przekonanie o tym, że wylądowałem na tajemniczym horrorze zostało uprzejmie wyproszone ze świadomości mniej więcej po dziesięciu minutach projekcji. Tym razem nastolatki okazały się być… prawdziwymi nastolatkami, a nie kulturystami z ostatniej klasy liceum czy zgrabnymi cheedleaderkami których marzenia o niedalekim koledżu bezlitośnie przecinają piły, haki czy inne topory. Tym razem bohaterowie liczącą sobie skromne trzynaście lat, nie mają jeszcze prawa jazdy, sklejają modele pociągów i jeżdżą na kolorowych bmxach. A przy okazji kręcą uroczy film o zombie, który ma wystartować na festiwalu taśm ośmiomilimetrowych. Więc, zapytuję ostrożnie, ile znacie horrorów, w których tacy miliusińscy padają ofiarą psychopatycznych morderców lub potworów zza światów? W momencie tej konkluzji przeżyłem największy chyba dysonans poznawczy w historii mojego wysiadywania w kinie i dobre dwie minuty desperacko próbowałem przypomnieć sobie, w jakiej kategorii wiekowej klasyfikuje się “Super 8”. Poddalem się jednak i tym większą ciekawością czekałem zakończenia filmu.

Najbezpieczniej będzie podzielić mi “Super 8” na trzy skojarzenia: od strony budowania napięcia na podstawie nieukazywania źródła zagrożenia to nic innego jak wspomniany “Projekt: Monster” do którego Abrams przykładał serce i ręce jako producent; niedoceniony thriller The Crazies z nieudanym eksperymentem i kompletną izolacją zapomnianego miasteczka przez posępne wojsko; aż po… E.T. Spielberga, gdzie naturalna wrażliwość i chęć pomocy dziecka (czy w tym wypadku: nastolatka) okazuje się być kluczem do zrozumienia mentalności Obcych. Mieszanka piorunująca! A jednak, w perspektywie całości – nie dosyć że sprawna, to jaka sympatyczna!

Historia, którą opowiada Abrams jest zgrabna i nie nuży, aczkolwiek spodziewam się, że ci, co szukają grozy – będą zawiedzeni; a ci, co szukają wspólnej rodzinnej rozrywki – nieźle zirytowani. Tak jak pisałem, być może twórcy zdecydowali się na zbyt rozległe targetowanie swojego produktu, wypuszczając do kina twór świetnie nakręcony, nieźle zagrany, ale również zbyt nachalnie pretendujący do wielogatunkowości i niekoniecznie dobrze dobierający motywy filmowe. Chociaż w dzieciństwie trząsłem się na Piramidzie strachu czy odwracałem wzrok na co drugiej opowieści, którą bajał Bajarz – to nijak się to ma do współcześnie roztrzaskiwanych głów żołnierzy, między którymi lawiruje piątka bohaterów “Super 8”. Ten film jest zwyczajnie za krwawy, żeby mógł się stać Goonies nowej ery, niestety. Co więcej, mam wrażenie, że końcówka dorabiana jest nieco na siłę i w większym pospiechu niż pozostała część filmu. “Samozbudowanie” statku wygląda trochę na strategię “oo jak już późno, widza trzeba z kina już wyprosić, kurde, jak by tu zbudować statek kosmiczny w 30 sekund.. czekaj… czeka… chyba mam!”; i do tej pory nie widzę innego rozwiązania. Ale ok, umówmy się, że było na tyle wzruszająco, iż tylko ja zwróciłem na to uwagę. Natomiast film o zombie, pokazywany w trakcie napisów końcowych zdecydowanie rekompensuje mi nielogiczności i niepotrzebną ckliwość rzeczywistego zakończenia filmu.

Jeśli chodzi o samą obsadę to z przyjemnością potwierdzam fakt, że dobrze zrealizowany film nie musi obfitować w gwiazdy z pierwszych stron gazet. W obrazie Abramsa najbardziej znani aktorze to kategoria “kurde, gdzieś go już chyba widziałem” – a i takich wypatrzyłem może czterech. Sama “grupa nastolatków”, poza młodszą siostrą Dakoty Fanning, Elle, to postacie świeże i dobrze osadzone w swoich rolach. Może jedynie główny bohater, Joe Lamb, jest nieco drętwy i przez wiekszość filmu sprawia wrażenie jakby właśnie się obudził, ale nie czepiam się; być może rola zakładała świadomą drewnianość.

Reasumując: eksperyment ciekawy, raczej nieprzełomowy ale na pewno przyjemny w odbiorze i, mimo ciągłych wojskowych intryg i morderstw, niepokojących dźwięków w ciemnościach czy całkiem gęsto ścielących się trupów, eksperyment bardzo ciepły. Z drugiej strony, chyba mądrzejszym ode mnie pozostawię decyzję, czy “Super 8” to film adresowany do równieśników bohaterów świata przedstawionego. Zdaję sobie sprawę, że nastolatkom warto sprzedawać myśl, iż trzeba przejść przez Mrok aby dotrzeć do Światła, ale w tym wypadku Mrok ma cholernie wielkie zęby, które ową myśl mogą skonsumować jednym kęsem, pozostawiając obraz rozchlapanej krwi na szybie autobusu i ckliwe zakończenie z rozbłyskającą gwiazdką.

Written by wroobel

Czerwiec 27, 2011 at 1:38 pm

Steampunk w mandze zakochany. Sucker Punch.

with one comment

Przyjęło się twierdzić, że kino stylu zerowego do refleksji skłaniać nie musi. Wysokobudżetowe produkcje zwłaszcza. A ja wyszedłem z kina ponad dwie godziny temu i dalej nie mogę sklasyfikować Sucker Punch. Mam problem, żeby znaleźć wszystkie odwołania, symbole, hołdy i w pełni zrozumieć całą tą postpostpostmodernistyczną zabawę jaką sprawił sobie i mi Zack Snyder.

Jestem i zachwycony i nieprzekonany. Trailer i caly marketingowy zgiełk szykował mnie na bezrefleksyjną naparzankę, w której dozwolone jest wszystko – bo przecież to w wyobraźni jest. Jednak po seansie jestem prawie przekonany, że „w tym szaleństwie jest metoda”, a reżyser miał powód, żeby stworzyć ten ikonograficzny kalejdoskop kina akcji.

Jak uciec ze szpitala psychiatrycznego przez wyobraźnię? No cóż, trzeba walczyć. Z kim? Z personelem, ze smokami, orkami, zombiakami i pięciometrowymi samurajami. Ze sobą. Szczerze mówiąc, brzmi to tak, jakby sam twórca potrzebował wariatkowa. Tym bardziej, że bohaterowie to nie grupa twardzieli pod wezwaniem Sylwestra Stallone a pięć kruchych dziewczynek. A jednak ma to sens. Wyobraźnia jest niezmierzona i to chyba pokazuje Snyder, odwołując się do najpopularniejszych mitologii kina akcji. Mamy zatem maraton przez kino wojenne, kino sensacyjne i bohaterską fantasy spod znaku „Władcy Pierścieni”, a wszystko to okraszone gwiżdżacą parą steampunku, ktory właśnie pokochał się z japońskim anime. Z wyobrażonego kina akcji, które jest najczystszą hiperbolą zmagań z losem jaką znam, dziewczyny wracają do rzeczywistości swojej burleski, w której toczy się właściwa opowieść o tym, jak odzyskać niesłusznie (?) odebraną wolność. Trzeci, rzeczywisty poziom narracji to klamra kompozycyjna w „naszej” zwykłej, ponurej codzienności.

I chociaż każda z tych płaszczyzn osobno jest zgrabna i uporządkowana, a ogląda się to naprawdę nieźle, to jednak obawiam się, że w momencie ich łączenia wkrada się spora dawka chaosu i niezrozumienia. Pomijając, że przeciętny zjadacz popcornu może poczuć sie zagubiony, zanim odnajdzie właściwy ton narracji, to problemem dla mnie jest to, że każdy poziom fabuły odwołuje sie do zupełnie przeciwstawnych emocji widza powodując cholerny dysonans poznawczy. Zazwyczaj powinno być wielkim plusem to, że zakończenie filmu gatunkowego jest zaskakujące; powinno to cieszyć każdego znudzonego schematami kinomana – a wcale się tak nie czułem. Przejście od euforii zwycięstw do samopoświęcenia wśród kompletnie nieinteresujących antagonistów rozgrywa się tak szybko, że zwyczajnie nie ma momentu, który pozwala się na to przygotować. Powrót bohaterek do codzienności uświadamia widzowi, że nawet kiedy wygrywały wielkie bitwy to i tak przegrywały wojnę, a ostatnie zwycięstwo, które przecież musiało się dokonać celem podtrzymania konwencji, jest wymuszone i w ogóle niesatysfakcjonujące.

Czy to tylko wrażenie, czy jestem jedyną osobą, która uważa, że żaden gorliwy poszukiwacz kobiecych wdzięków nie ma czego w tym filmie szukać? Po pierwsze, bohaterki to aktorskie nieheblowane drewno; jedynie Rocket się wybijała i świeciła w tym gronie. Główna bohaterka, mimo ślicznej fryzury wykazała się wachlarzem ekspresji niewiele większym od ekspresji wyrażanej przez moje drzwi balkonowe. Po drugie, cała piątka bohaterek, mimo pięknych makijaży i wyzywających ciuszków jest zupełnie dwuwymiarowa, przez co kompletnie oderotyzowana. Natłok nawiązań do „wojującej mangi”, uzbrojenie dziewczyn od stóp do głów i uczynienie z nich heroin własnych snów zatarł całkowicie ich kobiecość, zostawiając obrazki, równie pociągające co zdjęcia w „Życie na Gorąco”. Poza tym, nasz polski akcent drażnił mnie tak niemiłosiernie, że w ogóle nie chciałem patrzeć na piękną Carlę a jedyną naprawdę sympatycznie zagraną postacią był Blue, który, z oczywistych względów, sympatii wzbudzać nie powinien.

Pomieszanie z poplątanym i jeszcze chaos na wierzchołku. Aktorki rodem z Hannah Montana, którym zamarzyły się spluwy i samurajskie katany. A jednak… coś nieokreślonego ciągnie mnie do tego filmu, do tej drogi przez mękę, pełnej ludzi okrutniejszych od smoków czy kucharzy bardziej obleśnych od zombie w faszystowskich mundurach. Mimo wszystkich wad, „Sucker Punch” pozostaje filmem o niezłomności, o słabości, którą można przezwyciężyć, o walce za innych i walce o swoje. Nawet jeśli mowią mi to plastikowe dziewczynki w podwiązkach i podkolanówkach, to nie sposób nie pogratulować Snyderowi pomysłu.

Written by wroobel

Kwiecień 6, 2011 at 10:21 pm

Zjeżona rzeczywistość. Jeż Jerzy.

leave a comment »

No i właśnie polityka programowa telewizji doprowadziła do tego, że wytworzenie się w Polsce autorytetów tej miary, krytyków literackich, którzy mieliby status gwiazd telewizyjnych [aktor mówi tu o Marcelu Reichu Ranickim, przyp. wroobel], jest niemożliwe. Kilka lat temu gala wręczenia Nagrody Literackiej NIKE była dużym wydarzeniem transmitowanym w czasie najlepszej oglądalności przez TVP. Po ogłoszeniu werdyktu wszyscy o nim mówili, robił się ferment kulturalny. W tej chwili najważniejsze wydarzenie literackie w Polsce ginie w natłoku wiadomości o tym, kto przeszedł do następnegu etapu Tańca na Lodzie, jak duży dekolt ma Jola Rutowicz i czy Kasia Cichopek przepadkiem znowu nie jest w ciąży. Dlaczego tak się stało? Z jednej strony ludzi zawsze interesowała tania rozrywka i zaglądanie gwiazdom do łóżka, z drugiej telewizja tak uparcie lansuje tego rodzaju programy kosztem wszystkich innych, że utrwala i pogłębia to zainteresowanie. Zmienia proporcje.

Cytat z wywiadu z Andrzejem Grabowskim, który ukazał się w marcowym Bluszczu, będący odpowiedzią aktora na zdjęcie z anteny TVP programu Hurtownia książek, spadł mi trochę jak walizka z pieniędzmi z nieba. Podobnych treści przeczytałem w swoim skromnym życiu całkiem mnogo, dawno jednak zapomniałem kto i z jakiej okazji o tym mówił. Że niby każdy? Ja wiem że każdy, ale nie wiem KTO. A, nie ukrywam, że od wczoraj zastanawiałem się nad tym wielokrotnie, bo nic tak dobrze jak pojęcia związane z „umasowieniem”, „banalizacją” czy wręcz „infantylizacją” nie mogło oddać natury pierwszej od wielu lat polskiej satyry filmowej jaką jest Jeż Jerzy.

Nie ukrywam, że podchodziłem do filmu jak pies do, ekhem, jeża, ale w końcu nadarzyła się okazja i wylądowałem na seansie. I żeby nie było wątpliwości – ja tego bohatera znam i bardzo lubię, od lat wielu, zarówno tego ze „Ślizgu” jak i tego ze „Świerszczyka„. Tylko, że Polacy już próbowali się z adaptacjami animacji – i z Kajkiem i Kokoszem i z Tryumfem Pana Kleksa. I co? I du…żo z tego nie wyszło. Ani rozgłosu ani poklasku. Pogłoski mówiły, co prawda, że nad filmem pieczę sprawuje twórca Jeża, Tomasz Leśniak; że ekipa produkcyjna nie rzuca się na 3D czy inne „cuda techniki”; że głosy podkłada obsada znana, sprawdzona i lubiana – ale i tak miałem wątpliwości.

I, przyznać muszę, że początek Jeża nie ułatwił mi zadania. Wiedziałem, że film jest „niegrzeczny”, ale nie spodziewałem się, że zostanę zbombardowany taką ilością bluzgów i rzygowin naraz. Historia jest jakby znana: oto nikczemny naukowiec wpada na pomysł sklonowania popularnego gwiazdora, a pomiary wykazują, że najodpowiedniejszy będzie jeż. Punkt wyjścia ograny, ale strawny. Asystent naukowca oczywiście trafia na Jeża Jerzego – i od tego „nieoczekiwanego” zwrotu akcji rozpoczyna się szalona warszawska gonitwa, w której udział biorą źli naukowcy, wietnamscy kucharze, zachłanni politycy, skinheadzi z problemami, dziwki o złotych sercach, podwórkowe miłości, a nade wszystko – jeż i klon.

Chociaż opowieść brzmi banalnie, a sama forma też może utrudniać odbiór – animacja wycinankowa 2D, w dobie trójwymiarowych bajek może wyglądać jak Rubin przy Sony Bravia – to „Jeż Jerzy” jest najinteligentniejszą komedią polską ostatnich lat. I najbardziej demaskatorską, można rzec. Opowieść o tym, jak klon Jerzego, pod nieobecność naszego bohatera, zdobywa sławę i poklask wśród wszystkich grup społecznych, a jego przesłaniem do publiczności jest pierdzenie, bełkotanie i wystawianie faków – no kurczę, wypisz wymaluj, jest to trend, który w naszym kraju nabiera coraz większego rozpędu! Oczywiście, ważne jest, żeby takie zachowanie było jeszcze poparte pseudointelektualnym wywodem scenicznych „autorytetów”, potrafiących dorobić prawdziwe awangardowe zaplecze nawet do publicznej masturbacji. Może będzie to zbyt daleko idący wniosek, ale tak jak Banksy pokazał wielką mistyfikację, gdzie popularność postaci przekłada się na jej publiczne „branie” – tak i w filmie Wawszczyka i Leśniaka mamy powszechnie znanego bohatera, który wraz ze swoją ikonicznością może sprzedać każde, nawet najbardziej niedozwolone społecznie zachowanie pod postacią happeningu lub nowej sztuki. Nie wiem, ile za wystąpienie bierze Jola Rutowicz, ale jej osoba rozpędziła banalizację przekazu audiowizualnego do prędkości wybijającego się z progu Małysza.

Smutne jest to, że najbardziej realną w polskim kinie współczesnym relację między „możnymi tego świata” – czyli mediami i polityką, a masowym odbiorcą pokazuje umowna rzeczywistość komiksu. Jeszcze smutniejsze jest to, że to, co komiks wyszydza i wyolbrzymia powoli staje się szarą rzeczywistością a nie kpiarskim przerysowaniem. Raduje jedynie fakt, że, mimo wszystko, ktoś zwraca na to uwagę.

Written by wroobel

Marzec 21, 2011 at 10:33 am

Spotkanie z gigantem (gatunku). Łowca trolli.

3 komentarze

Już kilkakrotnie zdarzyło mi się słyszeć, że po Paranormal Activity 2 sensowność pseudodokumentalnego kina grozy zawisła na włosku. No bo ileż może straszyć rozbiegana kamera i „straszenie klimatem”, bazujące na podświadomym lękiem przed tym czego nie widzimy? Co zatem trzeba zrobić z konwencją, jeśli się wypala? Najwyraźniej odpowiedź jest prosta – oddać kamerę Norwegom!

Łowca Trolli to film-fenomen. Ocierający się o granice parodii, utrzymany właśnie w konwencji paradokumentalnej, oszczędny w środkach, okazuje się być kwintesencją gatunku – nawet jeśli jest to gatunek, który właśnie został stworzony. Bo jak inaczej określić przyrodniczą-dokumentalną baśń grozy? Mieszanka, zdawałoby się, niebezpieczna; kiczowata wręcz – ale nie, w „Łowcy Trolli” wszystko wydaje się być poukładane i podane widzowi z dbałością o najdrobniejsze detale.

Poznajemy grupę studentów, którzy przyjeżdzają zarejestrować kamerą lokalną historię o niedźwiedziu pustoszącym północnonorweskie lasy. Od razu wpadają na tajemniczego myśliwego Hansa, który, jak się okazuje, wcale nie poluje na okoliczne misie. Początkowo niechętny filmowcom, Hans zgadza się na towarzystwo kamery w jego codziennej – czy raczej conocnej – pracy, a ta bardzo szybko okazuje się wykraczać poza standardowe formy chodzenia ze strzelbą po lesie w poszukiwaniu grubego zwierza. Zwierz oczywiście jest, ale „gruby” okazuje się być zupełnie niewystarczającym określeniem tego, co młodzi ludzie ujrzą w leśnych ciemnościach.

Studenci, jak to studenci. Słysząc hasło: „polujemy na trolla”, nie są w stanie potraktować go poważnie. Pierwsza noc w lesie zaczyna się od skrytych chichotów, dwuznacznych komentarzy i chęci szybkiego zdenuncjowania Hansa jako człowieka niespełna rozumu. Prawda jednak przychodzi błyskawicznie, z siłą łamanej sosny. Jeszcze nie otrząśnięci z niedowiarstwa, filmowcy pędzą w panice przez las, próbując ukryć się przed monstrualnym, trzygłowym trollem. Bohaterowie są w szoku – ale widz jest jeszcze w większym, bo natrafia na przełamanie stereotypu pseudodokumetalnej opowieści w której „nic się nie dzieje”. Figa! Po czarownicach i demonach, których do tej pory nikt nie widział, troll wbiega na arenę zdarzeń w tempie bolidu Roberta Kubicy, stanowiąc dopiero preludium do prawdziwych wstrząsów w naszej wyobraźni. Dalej jest prawdziwa ostra jazda bez trzymanki, kiedy już w pełni przekonani studenci decydują się wciąż towarzyszyć łowcy trolli, wpadając do kotła starych wierzeń, naukowych wyjaśnień, gigantycznych trolli i wielkiego spisku norweskiego rządu. Wszystko to zilustrowane pięknymi widokami Północy, zamieszane chochlą pełną strawnie| sprawnie nakręconych kadrów operatora.

Zakładam, że sceptykom trudno nie uśmiechnąć się z politowaniem, słysząc opis filmu. Być może słusznie. Bo, teoretycznie, gdzie trolle, gdzie spisek rządu a gdzie porządna groza? Jak się okazuje – właśnie tu; i to jest właśnie fenomen „Łowcy Trolli”. Trolle są żywcem wyjęte ze skandynawskich legend; żyją setki lat, kamienieją w świetle, stołują się pod mostami i gwałtownie reagują na krew chrześcijanina. Oprócz tego, że te twarde fakty widzimy na ekranie, z kamienną twarzą opowiada o nich również Hans, który niczym Austin Stevens, wprowadza ekipę filmową – i widza przy okazji – w biologiczno-kulturowe szczegóły bytności prastarych istot. Śmieszne? Zupełnie nie; raczej sympatyczne i sprytne, bo odwołuje się do elementarnej wiedzy widza na tematy, z którym mierzyliśmy się zaraz po przyjściu z przedszkola. Chwilę później widza dopada groza; groza mrocznego lasu i nie_tak_odległych_tajemniczych_odgłosów_w_ciemnościach, a wszystko obserwowane przez kamerę z ręki; trudno nie poczuć się jak w Blair i nie przypomnieć sobie dreszczy na plecach. Zimne milczenie organizacji rządowych na tematy legendarne, oraz zaciekłość w zwalczaniu prób udokumentowania tajemnicy przywodzi na myśl dramaty mieszkańców wszelkich amerykańskich miasteczek odciętych od świata i skazanych na wymarcie decyzją rządu swojej ojczyzny. Odwołań intertekstualnych jest w filmie mnóstwo, a wszystkie sprawiają wrażenie dwukrotnie przemyślanych i z premedytacją włączonych w scenariusz „Łowcy Trolli”. Film balansuje na krawędzi parodii – ale na pewno jej nie przekracza. A ludzie odpowiadający za ożywienie trolli powinni zostać nagrodzeni brawami na stojąco: każda istota w filmie jest innej fizjonomii, innej specyfiki i innego rozmiaru – i każda wygląda fantastycznie.

Oczywiście, że można by się podoczepiać kwestii (czy raczej szczególików) formalnych: postacie drugoplanowe niewyraźne, czasami drętwe dialogi, trochę kulejąca logika sytuacyjna i inne podobne niuanse. Oczywiście, że nie jest to film dla każdego – znam ludzi, dla których najkrótszy opis filmu będzie barierą nie do pokonania (Trolle? Nie za stary na to jesteś?). Nie zmieni to jednak faktu, że „Łowca Trolli” jest najciekawszą, najsympatyczniejszą i najbardziej bezceremonialną hybrydą gatunkową jaką znam. I chcę więcej. I to szybko!

Written by wroobel

Marzec 3, 2011 at 12:22 am

O pleceniu bajek niestworzonych. Schronienie.

leave a comment »

Całkiem niedawno, tak znienacka, uderzył mnie fakt, że mam w Krakowie kino, do którego zawsze jak idę, to jestem zadowolony z seansu. Wyjątkiem miały być Pręgi Magdaleny Piekorz, ale, jako że było to sześć lat temu, niech będzie, iż to ten wyjątek potwierdzający regułę. Niestety, ostatni poniedziałek pokazał mi, że po dobrej passie zawsze przychodzi doradca finansowy i wystawia fakturę. Tym razem doradcą okazał się nie byle kto, bo François Ozon ze swoim Schronieniem. Nie da się opowiedzieć zarzutów wobec tego filmu bez opowiadania samej treści, zatem wrażliwych na spoilery zapraszam do innych wpisów.

Ale po kolei. Początek jest świetny, a przy okazji w sam raz do pokazywania na lekcjach o narkomanii w gimnazjum. Mocny, dosadny, niemal pornograficzny obraz dwójki heroinistów w narkotykowym ciągu, z odpowiednim – ale i logicznym, bo stanowiącym punkt wyjścia fabuły – morałem.

Chwilę później wkraczamy w świat Ozona, który doskonale znamy z jego poprzednich wyczynów, czyli 8 kobiet czy Basenu: blichtr, olbrzymie posiadłości, panowie w drogich garniturach, kobiety w sukniach droższych od cen mieszkań po boomie budowlanym. Potwornie pretensjonalne, ale mam wrażenie, że jest to chyba cecha autorskiego stylu; reżyser ten z pretensjonalizmu uczynił swoistą metodę, środek filmowego wyrazu. Reasumując, na scenie mamy baśniową Francję, nie znającą chłodu, głodu i niestylowych ubrań. Ponieważ to Ozon – zupełnie do przełknięcia.

Lecimy z fabułą. Mamy heroinistkę, której facet przedawkował a ona sama, po trzech dniach ponarkotykowej śpiączki dowiaduje się, że jest w ciąży. O bohaterce nie wiemy nic, poza tym, że dobrze jej z igłą wbijaną w okolicach co bardziej ukrwionych. Wygląda na hardą ale możemy się mylić. Niemniej, rodzina zmarłego narkomana, ojca dziecka, jest kompletnie przeciwna narodzinom, zatem nasza heroinistka, w afekcie popogrzebowym, godzi się na aborcję, po czym…

… po czym skaczemy (my, widzowie) kilka miesięcy w przód, na sielską prowincję, gdzie heroinistka, już na metadonie (czyli w trakcie terapii odwykowej) w wyraźnie zaawansowanej ciąży układa sobie ciche ale dostanie życie samotnej matki. Skąd ma pieniądze, czym się zajmuje i jak wyszła z głodu heroinowego – tego nam reżyser nie zdradza. „Cóż„, myślę sobie, „Ozon ma na pewno coś ciekawszego do przekazania niż wyjście z nałogu i walkę instynktu macierzyńskiego z instynktem narkomana. Niech mu będzie„. Co dalej? Dalej pojawia się gej. Gej jest bratem zmarłego, zupełnie niepodobnym bo adoptowanym w dzieciństwie. Zatrzymuje się u ciężarnej na dni kilka, bo jest w beztroskich wojażach. Zatrzymuje się i, mimo początkowej niechęci, zaczyna być członkiem tej dziwnej rodziny.

I, uwierzcie mi, część filmu o tym, jak sobie żyje ciężarna ex-narkomanka w pełnej komitywie z gejem (a później dwoma) – jest prawdziwą, skończoną baśnią. Mamy królewnę i jej dwóch kompanów: z jednej strony aseksualnych jak grimmowi krasnoludkowie (bo przecież z innego gatunku); z drugiej – rycerscy i pomocni jak z poematu o Rolandzie. Dalej mamy królestwo w którym świeci słońce, przyroda rozwija się w najlepsze, wszyscy są albo niezmiernie mili albo tak nieistotni, że aż żal wspominać. Tu prym formalny wiedzie swoisty realizm fantastyczny, pewna baśniowa konwencja, którą Ozon posługuje się po mistrzowsku. Kupiłem to bez zmrużenia oka, szykując się na kolejne zachwyty przy potencjalnym rozwiązaniu fabuły. Niestety, nie przewidziałem najgorszego.

Najgorsze czyli co? Cóż, w najstraszniejszych koszmarach nie przewidziałem tego, że jakikolwiek reżyser, zwłaszcza całkiem uznany, będzie próbował mi sprzedać bajeczkę (ale już nie: baśń, bo ta odfrunęła chwilę wcześniej, razem z gęśmi Selmy Lagerloff) o tym, jak to zadeklarowany gej, pod wpływem dotknięcia brzucha ciężarnej, przestaje być gejem i zaczyna się z nią kochać. No kaman! Nie zdarzyło mi się jeszcze tak rechotać podczas sceny aktu miłosnego. Nawet nie miałem siły się obrazić za gwałt na inteligencji widza. Pozytywnym aspektem jest chyba tylko fakt, że jest to świetny przykład, który dosadnie pokazuje, jak łatwo z magicznego bajania wpaść w pospolite bajdurzenie.

Niestety, to nie wszystko. O ile jedną taką „wpadkę”, w miarę jednak logiczną w perspektywie całości (no samotna matka w bogatych sferach Francji? to już lepiej niech kocha się z gejem), można wybaczyć; o tyle naigrawanie się z sympatii widza, jest kompletnie – dla mnie – niewybaczalne. O co chodzi? Nie napiszę wprost, być może ktoś jednak zdecyduje się na potyczkę z Ozonem. Jednak dziewczyna, która dla utrzymania ciąży walczy z nałogiem, odrzuca pomoc lekarską przy aborcji i przez większą część filmu uczy się swojego nowego stanu – po czym dopuszcza się dosyć dziwnej decyzji (gdzie „dosyć dziwna decyzja” jest eufemizmem na miarę „mały nieporządek w PKP”) już po urodzeniu dziecka – staje się osobą tak niesympatyczną i niewiarygodną, że widz zadaje sobie natychmiast pytanie: „no to fajnie, ale po co to wszystko”?

Szczerze mówiąc, ja kompletnie nie wiem.

Written by wroobel

Grudzień 22, 2010 at 11:27 pm

Rodriguez twórca mitów. Maczeta.

leave a comment »

Wiecie co? Niesamowite jest, jak nasze przyzwyczajenie do konwencji nie pozwala czasem na szersze spojrzenie na twór filmowy. Wyobraźcie sobie Maczetę jako komiks. Przerysowane ujęcia, wyolbrzymione cechy postaci, niewiarygodne punkty zwrotne i duża dawka niewiarygodnej – ale akceptowalnej w sferze gatunkowej – akcji. Już?

Po co o tym piszę? Bo jak wyszedłem wczoraj z kina, to na dobre zaklinowałem się w przekonaniu, że „Maczeta” jest najwspanialszym hołdem jaki Rodriguez mógł zafundować jednemu ze swoich poprzednich filmów. I nie, nie mówię tu o żadnym kinie spod znaku exploitation, czyli dylogii Grindhouse – tego w filmie w ogóle nie widziałem – ale o adaptacji (dla mnie) idealnej, czyli o Sin City.

Zaskoczeni? Cóż, zastąpcie sobie żółtoupalne kolory Teksasu czernią i bielą Miasta Grzechu. Wyobraźcie sobie czerwonoustą i czarnobiałą Michelle Rodriguez i porównajcie do Rosario Dawson. Danny Trejo to czyste alter ego Micky’ego Rourka, tylko bez zbędnej w tym wypadku charakteryzacji – no kurcze, najprawdziwszy sequel!

Gdybym rzeczywiście oglądał „Maczetę” jako pastisz i próbę powrotu do stylistyki kina niskobudżetowego – potraktowałbym film jak siarczysty policzek dla mojej inteligencji. „Maczecie” jest równie daleko do kina niskobudżetowego co mi do nagrody Nobla w zakresie fizyki kwantowej. Nawet umowna „taniość” efektów i scenografii nie wymaże z umysłu widza widoku śmietanki najlepiej zarabiających gwiazd Hollywood w rolach drugo- i trzecioplanowych. Nawet ślepi i głusi i zaszyci w najciemniejszych zakątkach swoich norek słyszeli o Rodriguezie i wiedzą, że jest to artysta ceniony i jego filmy mogą być jedynie odbiciem lustrzanym pewnego trendu, kiedyś określanego mianem „żenującego”; teraz jako „intrygującego”. Nie, moi drodzy, exploitation bardziej objawia się dzisiaj w kolejnych teen horrorach niż w takim klasycznym komiksie, jakim jest „Maczeta”.

Oczywiście – punkt widzenia zależy od punktu patrzenia. Zdaję sobie sprawę jak daleko od konwencji noir, rozbuchanej do granic w przypadku przeniesienia na ekran komiksu Franka Millera do kina sensacyjnego klasy B, sygnowanego nazwiskami Billy’ego Drago, Lorenzo Lamasa czy nawet Chucka Norrisa, a z którego garściami czerpie Rodriguez. Widzę też różnicę pomiędzy przesłaniem: bohaterowie Millera zazwyczaj giną w heroicznych pozach w potwornie skorumpowanym świecie, podczas gdy Maczety nawet Hulk by nie zmógł. Jednak komiks, ten bohaterski zwłaszcza, operuje w dużej mierze symbolem, wyolbrzymieniem i mitem, a tego w najnowszym filme Rodrigueza nie brakuje.

Co więcej, reżyser, oprócz analogii komiksowej w sferze narracyjnej, stosuje analogie formalne – i to nie tylko w stosunku do „Sin City”, ale też do, na przykład, „El Mariachi”. Bohaterowie to archetypy wyrzutków, kobiety to zmysłowe wojowniczki a antagoniści to narkotykowi krezusi. I chociaż senator McLaughlin (de Niro) nie należy do rodziny Roarków, bohaterska Luz (Rodriguez) nie mieszka w dzielnicy prostytutek Miasta Grzechu a Maczeta nie jest bliźniakiem Marva, to ich ikonografia jest niemal identyczna w obu przypadkach.

Jest jeszcze jedna, ważna kwestia, będąca pomostem pomiędzy „Sin City” a „Maczetą”: w obu filmach Rodriguez wyraźnie stawia granicę pomiędzy Prawem a Sprawiedliwością (bez skojarzeń proszę); w obu filmach mierzą się ze sobą dwa kodeksy: prawny i moralny, które nie są ze sobą tożsame. Godność człowieka i chęć służby ludziom jest w dużej mierze uzależniona od systemu, który sobą reprezentuje, zatem Rodriguez stawia pytanie, jakie są możliwe zachowania, gdy system, w obrębie którego funkcjonujemy, jest skorumpowany? Stawia pytanie – ale nie udziela odpowiedzi, ani w jednym, ani w drugim przypadku. Różnica zaledwie jest taka, że o ile historie z Miasta Grzechu są, mimo narracji pełnej cynizmu i czarnego humoru, w dużej mierze tragiczne w skutkach (bohaterowie zaliczają moralne lub fizyczne upadki); o tyle Maczeta traktuje ten dylemat w sposób wybitnie popkulturowy i chyba raczej powierzchowny.

Trudno jednak Maczetę winić – w końcu jest to bohater, który etykietkę „kultowy” miał przyklejoną do czoła długo przed rozpoczęciem realizacji filmu. Kolejny fenomen: oto bohater, nie mający zakorzenienia ani w literaturze ani w sztuce, staje się sławny zaledwie po dziewięćdziesięciosekundowym trailerze. Rodriguez twórcą mitów? Cóż, wychodzi mu to wcale nieźle.

Written by wroobel

Grudzień 14, 2010 at 4:29 pm