Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for the ‘Prawie poetycko’ Category

Egzaltacji mówimy: „niekoniecznie”. Próba ironii.

leave a comment »

Wciąż mam przed oczami wielką, czarną dziurę.

Wygląda jak studnia: jest głęboka, bezdenna, studnia, w której nigdy nie odbijały się gwiazdy, jest chroma. Jeśli nie ma dna, czy skacząc tam spadałbym jak Alicja, lecąc godziny, dni, może lata? Czeluść otworu hipnotyzuje; jak zaklęty zbliżam się do barier, całe moje ciało, cała moja jaźń krzyczy: „Strzeż się!”, a ja? Ja… ja nie mogę inaczej. Muszę iść, Nieznane mnie wzywa, jestem już na krawędzi, spoglądam w otchłań…

…a ona spogląda we mnie…

Próbuję przeniknąć wzrokiem tę straszliwą czerń, która zazdrośnie strzeże tajemnicy studni. Dopływa do mnie pieśń tęsknoty, z mroku wyłaniają się dwie smukłe, białe dłonie, przepiękne dłonie. Zachęcają mnie, przywołują, te dłonie, tak dziwnie znajome, powracające z mroków pamięci, one chcą dać mi rozkosz, każą wskoczyć do studni. Muszę się ugiąć, rozdygotany przekraczam barierę, nie jest ważne nawet to, że te piękne dłonie zakończone są przerażającymi, zniekształconymi szponami…

Spadam już tak długi czas. Sekundy zmieniają się w wieki, wieki w eony; nie wiem już czy spadam tydzień, stulecie, czy może milenium? Czerń jest permanentna; czuję się jakbym lewitował w próżni. Nie ma tu przeszłości, nie ma czasu przyszłego, nie istnieją terminy „tu” i „tam”. Jest „teraz”, ciężka, niemalże namacalna chwila, która porwała mnie i nie zamierza wypuścić. Jestem śmiertelnie przerażony, odczuwam przeogromną niemoc. Zamykam oczy, staram się pomyśleć o czymś pięknym, wzruszającym. Próbuję przywołać wspomnienie mojej ukochanej istoty; tej skończonej piękności; jej słodkich ust, łabędziej szyi, przecudnych, onyksowych oczu. Jej obraz spada na mój umysł niczym błogosławiona kurtyna snu, uśmiecham się, ale… w tym samym momencie zaczynam krzyczeć, wyć z przerażenia, bezsilnie przyglądając się jak ta piękna twarz, tak bliska sercu memu, przeobraża się w ohydną trupią czaszkę wykrzywioną w szyderczym uśmiechu. Tracę przytomność.

Powróciwszy do świadomości, z rozpaczą stwierdzam, że moje położenie nie uległo zmianie. Ile czasu mogłem być nieprzytomny – nie wiem. Czas płynie tu inaczej lub nie płynie wcale – na ciele nie zestarzałem się ani o minutę, żadnej zmarszczki, siwego włosa. Jeśli jednak chodzi o moją duszę… ta przekształca się błyskawicznie, już teraz jest sędziwa jak Matuzalem, nuży mnie sekunda, a – Boże mój… – będzie stokroć gorzej. Moja niemoc otula mnie szarą rozpaczą, zaczynam odchodzić od zmysłów. Ileż już razy zdążyłem przeklinać moment, w którym posłuchałem zewu studni…

Czym była owa studnia? Drogą do Piekła? Do Raju? Spadałem w otchłań zapomnienia czy wzbijałem się pod nimb chwały? Już teraz wiem, przypomniałem sobie, gdzie wcześniej widziałem te piękne, białe dłonie. Przyzywała mnie Lilith, pierwsza żona Adama, matka wszystkich demonów. Czyżbym więc może wracał do czasów rządzonych przez nienazwane Zło? Nie. Nic z tych rzeczy. Olśnienie, ten moment prawdziwej Iluminacji, opada na mnie niczym zwiędła róża na marmurowy grób. Ta przeklęta studnia, ten otwór mroczniejszy niż moja żałosna dusza to tylko lufa wielkiej dubeltówki, która chwilę wcześniej, słysząc ten bełkot, rozerwała mi głowę.

Written by wroobel

Sierpień 11, 2010 at 11:29 am

Napisane w Prawie poetycko

Opowieści od strzała: Marzenie.

with one comment

Na parapecie w kuchni stała szklanka. Zwykła, bezbarwna, niczym nie wyróżniająca się szklanka. Czasem ktoś pił z niej herbatę, czasem ktoś rozcierał mąkę, a czasem ktoś wstawiał w nią kwiaty. Ani ludzie, ani inne sprzęty nie zwracały na szklankę zbyt wielkiej uwagi.

Szklanka stała na parapecie i marzyła. Cóż innego może robić szklanka? Czasem wyglądała przez okno, czasem obserwowała krzątających się w kuchni gospodarzy, najczęściej jednak jej wzrok skierowany był na kredens, gdzie, za ornamentowaną szybką stały dumnie i niedostępne kieliszki. Nasza szklanka oddałaby wszystko co miała, za kilka chwil spędzonych na tej półce. Powód był prozaiczny – była beznadziejnie zakochana w kieliszku do szampana.

Stał tam od niepamiętnych czasów: smukły, wyniosły, arystokratyczny. Nawet jego współtowarzysze spoglądali na niego z szacunkiem. Kieliszek stał wytrwale w jednym miejscu i wzrok miał wbity w nieskończoność. Nie zwracał uwagi na gwar w kuchni, na sprzęt, na ludzi, ani, tym bardziej na biedną szklankę z parapetu.

Nasza bohaterka cierpiała niezmierzone katusze, bo i cóż miała robić? Kim była dla szlachetnego kieliszka, wyjmowanego z kredensu jedynie na uroczyste okazje, pospolita szklanka, stworzona do pospolitej pracy? Ba, kieliszek nawet nie wiedział o jej istnieniu i prawdopodobnie nigdy nie miał się dowiedzieć! Dlatego też szklanka była bardzo nieszczęśliwa i, gdyby to było możliwe, na pewno miałaby złamane serce. Taki jest niestety los pospolitej szklanki z parapetu beznadziejnie zakochanej w kieliszku do szampana.

Aż, któregoś dnia, coś się zmieniło. Szklanka ze zdumieniem odkryła, że pomiędzy parapetem a kredensem pojawił się znikąd wielki szklany blat, a na jego środku stał… On! Kieliszek do szampana! I patrzył się na nią z wyczekiwaniem!

Szklanka, gdyby umiała, to zemdlałaby z wrażenia. Oto obiekt jej westchnień, do dzisiaj czysto hipotetyczny i zupełnie nierealny, stał w jej zasięgu. Nie było dla nie jasne, co się stało, skąd wziął się blat i dlaczego na jego środku stał ukochany kieliszek. Ale przecież nie było to ważne! Mogła się w końcu do Niego zbliżyć, być przy Nim, dzielić z Nim jedną przestrzeń, a On.. On na nią czekał!

Szklanka nawet nie wiedziała kiedy i jak znalazła się przy swoim Ukochanym. Zapadła chwila wyczekiwania, rozkosznie długa i jednocześnie niemiłosiernie przeciągająca się. On patrzył na nią z dobrocią, łagodnością i tak wielką czułością, że gdyby szklanka miała nogi, na pewno by się pod nią ugięły. A ona, mała i skromna wyrażała całą sobą bezgraniczne uwielbienie i niepohamowaną radość ze spełnionego marzenia.

Jak… jak to możliwe? – szepnęła szklanka.

Marzyłaś o mnie, więc o to jestem – odpowiedział kieliszek. – Jestem i będę tu do końca naszego trwania.

Szklance ze wzruszenia zawirował świat.

To… to prawda? Marzenia się spełniają? Będziesz mnie kochał tak jak ja kocham ciebie? Na zawsze?

O, tak – powiedział. – Będę cię kochał tak jak ty mnie kochasz. Na zawsze.

– I nic nas nie rozłączy?

– Nic nas nie rozłączy.

Jak masz na imię? Czy zdradzisz mi swoje imię? – wyszeptała wzruszona szklanka.

Nie wiesz? Nie domyślasz się?

Nie, najdroższy. Nie znam twojego imienia.

Złudzenie – oparł kieliszek. – Tak brzmi moje imię.

Ach..„, zdążyła tylko pomyśleć szklanka, ześlizgując się nagle z wyimaginowanego blatu i rozsypując się w drobny mak.

Written by wroobel

Lipiec 16, 2009 at 3:03 pm

Napisane w Prawie poetycko

Wracam z buta. Abstrakcja.

with one comment

I wtedy, niczym łopata z jasnego nieba, spada na ziemię fioletowym blaskiem świecący kormoran.

Kormoran? Moran który mówi „Kor”, spytacie? Otóż nie, myślałem raczej o zjawisku astronomicznym nie opisanym naukowo ani tym bardziej klasowo. Zjawisko to, niezależnie od opcji politycznej, wyznania i koloru obuwia jest pojęciem czysto teoretycznym, podobnie zresztą jak zjawisko spadania niczym łopata z jasnego nieba. Kiedy zachodzi? Nie, nie przy zachodzie słońca i nie przy ciąży; to zupełnie nowy sposób zachodzenia, nieuwarunkowany warunkami nieuwarunkowania. Tyle tytułem wstępu, ważne, że wszyscy mnie zrozumieli.

Kormoran leci

(leeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeecibum)

i uderza o ziemię. Nie tak, żeby się zabić albo nawet zabić kogoś, dajmy na to panią z warzywniaka, po prostu sikiem parabolicznym, z przyspieszeniem równym własnej masie (a może to masa indiańskiego szamana?), jego celem jest ziemia, która z natury celu nie posiada, jednak kormoranowi to nie przeszkadza, o nie, czuje się (on) uderzony o ziemię a nawet bardziej, mniej więcej tak, jakby oberwał młotkiem do zbijania karmników, ale od dołu, chociaż, paradoksalnie, został (on) uderzon od dzioba, czyli od góry. Chaos kosmosu jest, jak widać, nie do ogarnięcia. Nawet ogarnięty jest nieogarnięty, jego jestestwem jest nieogarnięcie wynikające z jego nieogarniętego jestestwa, przekłada się to zwłaszcza na kormorany i ich wzloty a nawet upadki. Zwłaszcza upadki.

Kormoran uderzony od dołu czyli od góry sprawia wrażenie nieogarniętego, stłamszonego swoim upadkiem, tak jakby upadek miał wpływ na jego ego a może nawet oba. Kręci się, kołuje, śpiewa zapomnianą piosenkę o spadających z nieba kormoranach, ten cykl determinuje chwilę upadku, determinuje jego fioletowość, także wpływa na aborcyjne poglądy następnego papieża, który przecież nie wie, że papieżem zostanie. A może wie? A może już to przeżył? A może wie, że będzie, bo kiedyś już to widział, gdzieś tam, w reminescencji przyszłości, ale zapomniał, że wie bo takie są prawa kosmosu? A może to kormoran będzie papieżem? W końcu, nie bez powodu jest w kolorach adwentu. I jeszcze błyszczy.

Zostawmy jednak świetlistą przyszłość kormorana i skupmy się na wyraźnej chwili obecnej. Kormoran zdaje sobie sprawę z logiki kosmosu, wie, że tradycją fioletowym blaskiem świecących kormoranów jest spadanie niczym łopata z jasnego nieba, najlepiej na nas. Wie, jaka jest jego przyszłość, rozmyślania o byciu papieżem, uderzenie od góry czyli od dołu i widok zagadkowego znaku na ziemi, na tej ziemi na ktorą wpada i dziobem, jakby oberwał młotkiem do zbijania karmników, uderza. Znak zagadkowy ma wygląd internetowego bannera na którego tak usilnie oczekuje narrator, jest równie świecący i fioletowy jak kormoran. Znak zagadkowy jest kluczem do interpretacji wyjścia, tego zagadkowego działania, powodującego zagadkowe przemieszczanie się narratora w zagadkową stronę słońca, w stronę domu. Klucz otwiera drzwi, drzwi ukazują wyjście. Drzwi są zamkniete.

Kormoran chwiejnie podrywa się do lotu. Leniwie rozpędza się, rozgląda na boki, na kąty, na płaszczyzny, których umysł kormorana nie ogarnia. To jednak nie umysł kormorana odpowiada za podrywanie się do lotu, tak jak nie odpowiada za podrywanie kormoranek płci żeńskiej oraz każdej innej. Kormoran ma skrzydła, chociaż, jako zjawisko jest mało materialny i kormoran i skrzydła. Kiedy jednak niematerialny kormoran, rozpatrywany fenomenologicznie spotka niematerialne skrzydła, rozpatrywane w teorii ontologicznej, jest szansa, że wzniosą się wspólnie w powietrze. Tak się działo wcześniej i tak dzieje się i tym razem, kiedy niematerialne ontologicznie skrzydła podrywają niematerialnego fenomenologicznie kormorana do lotu. Leniwie rozpędza się ale już nie rozgląda i leci w górę rozpoczynając krążenie. Krąży krew i krąży kormoran, fioletowym blaskiem oświetlając zagadkowy znak o wyglądzie internetowego bannera.

Mija chwila. Czym jest chwila dla wszechświata i kormorana, nawet jeśli trwa więcej niż chwilę? Kormorany patrzyły na Początek i będą patrzyły na Koniec, kiedy nie będzie już wszechświata, papieży i młotków do zbijania karmników. Czy to aby nie był ruch? Czy klucz do interpretacji wyjścia tak jakby się nie przekręcił? Czy spod otwierających się drzwi nie spoziera nowy wszechświat, nowy klucz do zinterpretowanego wyjścia? Kormoran niczym fioletowa strzała uderza w drzwi, przelatuje przez znak zagadkowy o wyglądzie internetowego bannera i doznaje tak często opisywanego przez poetów uczucia beznadziei i strachu przed rachunkiem za światlo. Po drugiej stronie kormoran odnajduje wszechświat lustrzany, z podobną wielowymiarowością, żąglującym indiańskim szamanem i malarskim młotkiem do zbijania karmników. Klucz do interpretacji wyjścia jest zreinterpretowanym kluczem do interpretacji wejścia a zagadkowy znak wciąż ma wygląd internetowego bannera. Kątem oka, bokiem siatkówki i płaszczyzną źrenicy kormoran dostrzega wymykającego się chyłkiem narratora, który skorzystał z klucza do interpretacji wyjścia i pędzi co sił w zagadkową stronę słońca, w stronę domu. Kormoran chce wrócić, zdążyć przelecieć przez zinterpretowane wyjście, rozpędza się i gna w dól, który prawdopodobnie jest górą, chociaż tego nie wiem ani kormoran, ani papież, ani narrator, ale to wyjście jest już zreinterpretowane, już jest zamknięte a został po nim jedynie zagadkowy znak o wyglądzie internetowego bannera. Narrator zniknął i wszechświat, w którego lustrzanym odbiciu znalazł się kormoran fioletowym blaskiem świecący, zniknął, zamknął się na wieki, a przynajmniej do następnego akapitu. Kormorany jednak nie umieją hamować.

I wtedy, niczym łopata z jasnego nieba, spada na ziemię fioletowym blaskiem świecący kormoran.

Written by wroobel

Styczeń 14, 2009 at 1:14 pm

Napisane w Prawie poetycko