Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for the ‘Prawie mądrze’ Category

Skąd w ludziach tyle zła, że używają różowego koloru? Dygresja.

with one comment

Refleksja krąży w krwi mojej już od czasu dłuższego; urodziła się po obejrzeniu Powrotu do tajemniczego ogrodu Michaela Tuchnera a przypomniałem sobie o niej dzisiaj przy balkonowym papierosie i smętnych wizjach losu naszych córek w świecie Hannah Montana i High School Musical (chociaż, jak źródła poinformowane mówią, to drugie popada w powolne zapomnienie). Tak wiele się mówi o eskalacji przemocy w bajkach i baśniach, o nieodpowiednich treściach – czy to w sferze obyczajowości czy etyki. Każdy chyba zetknął się z krytyką „South Parku” czy „Włatców Móch”. Nie mam ochoty dołączać jako kolejny głos w tym sporze, wolę zdać się na inteligencję i zaangażowanie rodziców, którzy powinni zdawać sobie sprawę, że nie wszystko to, co animowane i nie wszystko to, w czym występują dzieci, szufladkuje się jako kategoria bez ograniczeń. Poza tym, ja zupełnie nie o tym.

Trzeba przyznać, że wygodnie jest robić tzw. „kino familijne” – bez względu na to, jaki chłam zostanie nam przedstawiony, zwyczajnie nie wypada go mieszać z błotem. Wszak to kino dla całej rodziny, najlepiej trawione w leniwy, niedzielny poranek – więc, prosimy, bez zbyt ambitnych treści. Landrynkowe wersje i tak już ugładzonych baśni braci Grimm; lekkostrawne klasyki Disney’a, niemożliwie różowa seria o przygodach Barbie czy przygody (phi!) głupkowatych nastolatków z Hannah Montana – tak prezentuje się „poprawne politycznie” kino dla młodego widza. Poprawne – bo nie niesie za sobą kontrowersyjnych treści, nie prowokuje, a problemy, o ile w ogóle się pojawiają w fabule, są rozwiązywane w bezrefleksyjny sposób.

Wytłumaczcie mi zatem: dlaczego taka forma mamienia młodego widza jest w pełni akceptowana społecznie? Dlaczego trywializowanie wydarzeń, niemiłosierne spłycanie narracji i prezentowanie ogranych postaw i archetypów otoczonych lukrową polewą jest takie dobre dla dziecka? Ja naprawdę z dużą tolerancją podszedłem do filmu Tuchnera, ale kilkunastoletni wychowanek sierocińca próbujący obalić tezy „Studium historii” Toynbee’go to pomysł wołający o pomstę do nieba. Sam sierociniec wygląda zresztą na ekskluzywny staroangielski hotel, ale „biedna sirotka” z Ameryki (której głównym chyba zadaniem w filmie było akcentowanie „popsutego przez Amerykanów” angielskiego – żałuję tylko, że nie rapowała) mieszkająca w „skromnym” pokoju wielkości przeciętnego M-2 od razu wykazuje nierealność opowiadanej historii i wzbudza uśmiech politowania na naszych wargach.

Pragnę zauważyć, że między bajkowością a nierealnością jest równie wielka różnica co pomiędzy pluszowym fotelem a krzesłem elektrycznym. Piramidalne bzdury, jakie serwuje nam reżyser w obrębie świata przedstawionego nijak mają się do magii tajemniczego ogrodu, która zanika z powodu opuszczenia miejsca. Jak długo jeszcze będzie pokutował pogląd, że dwa zajączki, lis i jelonek to zupełnie wystarczające zobrazowanie „magiczności” ogrodu?! Poza tym, pojawiające się i znikające (z wielką pompą) drzwi do ogrodu są jeszcze jednym elementem, który z powodzeniem rujnuje jakikolwiek czar tego niewątpliwie urokliwego ogrodu.

Daruję sobie konkluzję – dosyć, że podobnymi sytuacjami naszpikowane są wszelkie współczesne adaptacje Królewny Śnieżki, Jasia i Małgosi a nawet Alicji w Krainie Czarów. Są całkowicie pozbawione jakiegokolwiek elementu refleksji; ztrywializowane; podane w przesłodzonej polewie. Przykro mi narzekać, ale naprawdę stęskniłem się za widowiskiem telewizyjnym chociażby porównywalnym do magii wszelakich opowieści z Avonlea. Tymczasem twórcy idą w zaparte – operują tymi samymi scenariuszami i tymi samym archetypami. Wiecznie poszukujące miłości księżniczki, szukające akceptacji sierotki czy niezrozumiali przez towarzyszy buntownicy. A każde z nich ma osiem lat.

Pojawienie się – nazwijmy to – „animacji postshrekowskiej” wzbudziło dyskusję o celowości euhemeryzacji baśni; o tym, czy bajki wciąż są tylko dla dzieci. Tylko czy one kiedykolwiek były tylko dla dzieci? Cóż, czasem mam wrażenie, że część twórców filmów dziecięcych niezmordowanie stara nam się to wmówić.

Dziecko przed telewizorem nie jest odbiorcą krytycznym. Nie jest w stanie wykryć niedoskonałości fabuły ani powtarzalności motywów w treści. Rodzicom wystarczy to, że się na ekranie „nie leje krew i że nie ma scen łóżkowych”. Czy poza zabijaniem czasu, te filmy wciąż są warte uwagi? A nawet jeśli nie – czy ktokolwiek zwróci uwagę na takie niuanse?

A może zwyczajnie warto poczytać dziecku książkę?

Written by wroobel

Grudzień 7, 2009 at 9:28 pm

Napisane w Prawie mądrze

Tagged with ,

Powtórka z rozrywki? Słów kilka o „Hobbicie”.

leave a comment »

Pozwolę sobie wrzucić tutaj tekst o najciekawszej i najstarszej na świecie grze logicznej: gdybaniu. „Hobbit” Del Toro się zbliża wielkimi krokami, a wiadomości o nim mniej niż o „Robin Hoodzie” Ridleya Scotta. Zresztą, sam del Toro trzyma język za zębami twierdząc, że he couldn’t say too much as Warner Bros. had a sniper in the building monitoring his every word.. Jako odmiana człowieka zwana „tolkienowskim fanem” kiedyś gdybania takie rozpoczynałem, ale czas to nie korek na Nowohuckiej – w miejscu nie stoi.

Myślałem – czy raczej gdybałem – sobie, jak wielu ludzi uważa „Władcę Pierścieni” Jacksona za zbyt odstający od treści literackiego pierwowzoru – heroiczna Arwena, Bombadil (a raczej jego brak), Haldir w Rogatym Grodzie czy smętny los Czarnego Numenoryjczyka aka. Usta Saurona – wymieniam te najbardziej sporne elementy, a przecież jest ich znacznie więcej. A jednak – uważam – jacksonowska Wojna o Pierścień jest w wielkim stopniu zbliżona do pierwowzoru, zarówno treścią jak i „duchem”; wizja PiDżeja jest spójna i czasem nawet zbyt dosłowna. I tak patrząc na wyczyny bloomopodobnych elfów i woodzącopodobnych hobbitów – zastanawiam się, jak ludzie zniosą scenariuszowe akrobacje w „Hobbicie”.

Nie oszukujmy się: filmowy „Hobbit” musi nawiązywać do historii Pierścienia w stopniu znacznie większym niż książka Tolkiena. Mam niejasne wrażenie, że Jackson – a traktuję go jako twórcę „Hobbita” w stopniu nawet większym niż Del Toro – o tym wie i niespieszno narażać mu się milionom fanów, wprowadzając wątek – a bo ja wiem? – zaręczyn Aragorna z Arweną. Wydaje mi się, że Jackson miał w ostatniej dekadzie szansę na zapoznanie się z konserwatywnością tolkienistów (nie twierdzę, że to domena tolkienistów; chyba każda pasja opiera się na ślepym wręcz przywiązaniu) i nie chce przeciągać przysłowiowej struny. A kontrowersji przy „Hobbicie” będzie sporo: od obsady do treści, co postaram się tu opisać.

1. Bilbo z innej bajki, czyli dlaczego powinniśmy się pożegnać z Gandalfem.

Jak dziwne i bolesne (dla niektórych) będzie to twierdzenie, to obsada powinna ulec zupełnej zmianie. Aby zachować jakikolwiek realizm świata prezentowanego, trzeba trzymać się jednego z dwóch rozwiązań: albo pozostawić wszystkich aktorów z Władcy Pierścieni – czyli Gandalf, Bilbo, Elrond; albo zupełnie zrezygnować z ich usług. Ponieważ szczerze wątpię w zaangażowanie Hugo Weavinga w sekwencję trwającą od 5 do 10 minut (aczkolwiek pogłoski mówią co innego); równie poważnie zastanawiam się, czy odmładzanie Iana Holmesa wyjdzie na zdrowie i jemu i nam – taką opcję wolałbym odrzucić. Mieszanie obsady „starej” i „nowej” zupełnie zburzy logikę świata przedstawionego; chyba każdy widz odczuje pewnego rodzaju dyskomfort, kiedy okaże się, że część postaci wpasowuje się znaną już widzowi rzeczywistość – a część bohaterów będzie „obca chociaż znajoma”.

Najlepszym rozwiązaniem wydawałoby się zatrudnienie aktorów nowych i świeżych – takich, którzy nie dadzą się zaszufladkować poprzednimi rolami. I to nie powinno być trudnym zadaniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że lwia część obsady będzie ucharakteryzowana do niemożliwości. Niestety (a może -stety?), wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że „Hobbicie” pojawią się aktorzy znani i lubiani. Ian McKellen to chyba pewniak. Mortensen wyraził zainteresowanie. Imdb.com przypuszcza, że w roli Thorina pojawi się… Ron Pearlman (którego, chociaż uwielbiam, bardziej widziałbym w roli trolla). Cóż, poczekajmy do prawdziwych nominacji.

Zresztą, w przypadku obsady – jakiejkolwiek zresztą – pojawia się tu kolejny problem: przyzwyczajenie widza. Jacksonowskie elfy świecą anielską niemal poświatą, orkowie z powodzeniem mogliby występować w sequelu „Martwicy mózgu”; krasnoludy są małe, krzepkie i… równie brzydkie jak orkowie. I niech mi ktoś wytłumaczy, jak uciec od jacksonowskich stereotypów i jak zatrzymać widza w kinie, zmuszając go do ciągłego oglądania czeredy 14 paskudnych twarzyczek głównych bohaterów? I jak przekonać niezorientowanego widza, że tolkienowskie krasnoludy nie mają za zadanie jedynie rozśmieszać widowni, co tak usilnie starał się przekazać nam Jackson? Jeśli Del Toro przekroczy granicę między subtelnym dowcipem książki Tolkiena a tandetną hollywoodzką potrzebą: „każda drużyna musi mieć swojego Jar Jar Binksa a najlepiej kilku” – może wyjść kiepska – acz kosztowna – powtórka z fenomenalnych „Bandytów czasu” Terry’ego Gilliama. Tylko że, niestety, konwencja „Hobbita” to nie to samo co wizja Gilliama.

Krasnoludy to w ogóle producencki strzał w stopę. Jakoś – na chwilę obecną – nie wydaje mi się, abym był w stanie rozczulić się nad umierającym Thorinem…

2. Idź precz Aragornie, czyli dlaczego nie chcemy historii miłosnych.

Tu akurat sprawa jest prosta: Arwena z Aragornem to nie ta bajka. Filmowy „Władca Pierścieni”, mimo wszystkich swoich niedociągnięć, oddaje klimat książki. Jest epickim poematem, ma w sobie i rozmach i „rycerskość”. Chociaż część epizodów toczy się nieco innym torem, duch opowieści został zachowany.

Tymczasem „Hobbit”, który jest w założeniu przygodowym questem nie zagnieżdżonym w geograficzno-historycznej mieszance, jest o tyle niebezpieczny do realizacji, o ile musi wpasowywać się we obowiązujący wzorzec superprodukcji fantasy. Gdzie tam miejsce na miłość (no chyba, że homoseksualną, ale taki samobójca jeszcze się nie narodził)? Mówimy o dylogii – musimy się zatem liczyć z dodaniem pewnych „wchłanialnych” przez widzów elementów produkcji fantasy. Miłość jest rozpatrywana zawsze na pierwszym planie.

I tu rodzi się moja największa obawa: pal licho tego Aragorna i jego zaręczyny! Ja się zwyczajnie boję, że zmieni się zupełnie wydźwięk książki. Książki hobbicko-krasnoludzkiej, a nie elfio-ludzkiej. Najpopularniejsza i najbardziej popkulturowa para fantasy ukradła już show Frodowi i jego obrączce – nie zgadzam się przez to na zamianę środka ciężkości w „Hobbicie”.

Podobne – chociaż mniejsze – obawy mam w przypadku poszerzania wątków w celu wprowadzenia postaci znanych nam już z jacksonowskiej trylogii: Froda, Legolasa, Arweny – postaci, które mogłyby się znaleźć na trasie wycieczki do Smauga, ale o których Tolkien nie wspominał. I zauważcie: wymieniłem trzy najbardziej rozpoznawalne postacie z filmu – czy jakikolwiek reżyser oprze się pokusie „wciśnięcia” ich w fabułę pozostającą w chronologicznym i geograficznym związku z Władcą Pierścieni? No cóż dowiemy się tego i tak.

3. Bajka Del Toro, czyli dlaczego zobaczymy wizję Jacksona.

Guillermo Del Toro dorobek artystyczny ma niezły – od klasycznych horrorów (Kręgosłup diabła) do popularnych adaptacji komiksu (Hellboy). Na ile ten gatunkowy miszmasz może posłużyć „Hobbitowi”?

Teoretycznie: super. Del Toro to świetny rzemieślnik, jego światy przedstawione są bardzo sugestywne. Do naszej rzeczywistości przemykają duchy, demony, postacie rodem z legend; mimo swojej nierzeczywistości nigdy nie są nielogiczne. Jako reżyser świetnie też operuje nastrojem, potrafiąc naprzemiennie przemycać grozę i humor, opowiadać bajki dla dzieci w sposób ledwie przystępny dla dorosłych. To jest mistrzostwo. Dzięki temu „Hobbit”, mimo, że targetowany na młodego widza może zainteresować fanów mroczniejszych opowieści. W końcu mamy trolle, gobliny, smoki i wielką bitwę ze śmiercią jednego z głównych bohaterów. Epos jak się patrzy. Tak, teoretycznie ten film może być wielkim widowiskiem, teoretycznie, może być filmem docenionym przez krytykę, teoretycznie, dlaczego nie? – przeca Del Toro reżyseruje. Cóż.

Praktycznie: tolkienowskim światem rządzi wizja Jacksona, który jest i producentem i scenarzystą filmu. Jak myślicie, jak będą wyglądali elfowie, orkowie i inne takie? Jak myślicie, jak będzie wyglądała Bitwa Pięciu Armii skoro animacje, tak jak w przypadku trylogii Jacksona, robi WETA DIGITAL? Jak bardzo świat Del Toro będzie oryginalny w stosunku do Śródziemia swojego poprzednika?

Ja już wiem. Ale nie powiem.

4. Sequel nienapisanego, czyli fruń Fantazjo!

W myśl powiedzenia: „grosik za twoje myśli”, oświadczam, że oddam najbliższą wygraną w totolotka za myśli obojga scenarzystów w przypadku podziału „Hobbita” na dwie części. O ile, zakładam, część pierwsza to znana i bardzo lubiana opowieść samego Tolkiena; to już film drugi jest czystą spekulacją na temat wydarzeń przedhobbitowych. Na pewno wiadomo, że Jackson Del Toro sięgał do dodatków, zawartych w „Powrocie Króla”; ale na ile to będzie związane z Tolkienem a ile ze swobodną interpretacją -trudno powiedzieć. Chociaż skłaniam się raczej do wersji „puszczamy wodze fantazji”.

Co rodzi pewien problem. O ile poprzednia adaptacja Tolkiena jest oparta o fabułę; to już „naddany” Hobbit miałby opierać się tylko na luźnych dopiskach Tolkiena, zebranych do kupy przez Tolkiena syna. Jeśli dodamy dwa plus dwa to okazuje się, że nie dosyć że Jackson Del Toro ma pole do popisów fabularnych to jeszcze będzie skłaniał się do tego, aby w tej dowolności zawrzeć jak najwięcej z filmu Jacksona. Czyli Hobbit 2 będzie łącznikiem pomiędzy „Władcą Pierścieni” a „Hobbitem” właściwym, co może boleć o tyle, o ile nie będzie to łącznik fabularny co formalny. Zobaczymy starych znajomych (bez względu na to, kto ich zagra) i „dowiemy się”, co się działo pomiędzy fabułą obu filmów (ale nie: książek). Czy może powinienem napisać: dowiemy się, co sobie wyobrażał Jackson Del Toro. A to może być niespójne z tym, co chcielibyśmy sami zobaczyć.

Reasumując: pewnie widowisko będzie niezłe, ale z książ… z materiałami, na których będzie bazował może mieć niewiele wspólnego.

5. Władca Pierścieni, czyli nieważne że Del Toro, ważne, że Jackson.

Jak napisałem powyżej, jest problem. Mam wrażenie, że 3/4 świata uważa, że „Władca Pierścieni” jest autorskim dziełem Jacksona i to właśnie ten reżyser jest traktowany jako najlepszy/największy/najbardziej poinformowany znawca Śródziemia. Dosyć niepokojące zjawisko. Jasne jest, że Jackson włożył w adaptację bardzo dużo siebie – ale jakże ciężko jest zrozumieć ludziom, że nie jest to osoba mająca wyłączność na ekranizowanie Tolkiena! Podczas tych wszystkich reżysersko-producenckich perturbacji miałem nadzieję, że uda mi się zobaczyć nową, niekoniecznie mi znaną wizję Śródziemia. Już dawno wiedziałem, że film, ktokolwiek by go nie nakręcił, będzie kalką tego, co zrobił Jackson. Wizja tego reżysera stała się niejako wyznacznikiem – i to nie tylko świata przedstawionego, ale konwencji widowiska fantasy w ogóle. A nie ma nic gorszego na płodnym gruncie fantastyki jak skostniałe myślenie.

Reasumując: martwię się, że „Hobbit” będzie tolkienowskim zwyrodnieniem. Być może, jako widowisko, zachwyci. Być może, wszystkie moje obawy zostaną zrekompensowane… a bo ja wiem? Może umiejętnie napisanym scenariuszem? Może pomysłem? Być może. Im bliżej jednak do realizacji – a jesteśmy na etapie zakończenia prac nad wstępnym skryptem – tym większe mam wrażenie, że bój nie toczy się o zekranizowanie książki Tolkiena, ale o przyciągnięcie do kin fanek Legolasa i Boromira. A kto zorganizuje to lepiej niż Jackson?

Written by wroobel

Grudzień 1, 2009 at 10:31 pm

Spotkajmy się w tefałenie czyli jaki kraj taki crossover.

leave a comment »

Dla mniej wtajemniczonych: o crossoverze mówimy, kiedy na łamach komiksu spotykają się postacie z różnych, zupełnie odmiennych światów. Superman i Batman. Kapitan America i Iron man. Avengers i Xmeni. Kajko i A’tomek. Etcetra. Zwany czasem „sałatą”, ze względu na ilość skladników wrzuconych do jednego naczynia. W amerykańskim komiksie crossoverów jest jak mrówków, w polskim nieco mniej.

Za to polska telewizja, zwłaszcza ta szatańska i masońska, zaczyna zamieniać się w jeden wielki crossover. Już od czasów jesiennej Imogen Heap temat ów w głowie mi kołacze; a wczoraj, przy kolejnej odsłonie wiosennej Lenki uderzył we mnie z siłą wodospadu czy innej kałuży.

Teraz powinienem napisać: „co prawda, nie oglądam telewizji…” bo to takie lanserskie i w ogóle cool ale szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi. Wolę, co prawda, pobiegać po mapie King’s Bounty czy w korytarzykach USS Ishimura; wolę też jakość obrazu DVD od telewizyjnego obrazu spod znaku pokojowej anteny, dumnie wyglądającej spoza mojej firanki. Czytadła z Fabryk Słów też wolę. No, ale czasem przychodzi ta pora, kiedy na litery patrzeć się nie chce, 19 dobija, kolacje się je i tego Durczoka człowiek ceni bardziej niźli losy bohaterów książek Piekary. No i czasem trzeba zerknąć bo pod kumpla domem kręcili W11.

I teraz cenna rada dla wszystkich dyletantów: nie lubicie telewizji, ale czasem brakuje argumentów i przydałoby się bluzganie na tvn poprzeć argumentem? Włączcie sobie ów masoński kanał o 19, na godzinę. Zaręczam, że o 20 wszyscy zorientują się, co się w tefałenie dzieje. Fakty, Uwaga – pal licho, najsmaczniejsze jest pomiędzy.

10 minut – tyle czasu potrzeba,  żeby załapać najpopularniejszy polski crossover wszechczasów. W11 vs Detektywi, Niania Frania vs Taniec z Gwiazdami, Kochaj i tańcz (Taniec z Gwiazdami vs Teraz albo nigdy)… a nad wszystkim króluje sympatyczna skądinąd zapowiedź wiosennej ramówki, miksująca „bohaterów” świata TVN w jednym zeszycie… przepraszam, spocie. To, że bohaterowie badziewni – mało znaczące. Tak mnie się coś zdaje, że co jest sygnowane niebieskim kółeczkiem – od Detektywów wszelakich po cierpiących Popiełuszków i tańczących Damięckich – to przykład na to, że polskich aktorów powoli można zastępować innymi człekokształtnymi. O tych przynajmniej na Pudelku nie przeczytam. A to, że programy stare i wyświechtane – who cares? Najważniejszy jest błysk. I widzowska mentalność – wszystko, co lubię, zmieszane w jednej misce.

Żeby nie było – ja hamerykańskie crossovery uwielbiam – od „X-Cutioner’s Song” po „Civil War„. Zdzierżyłem nawet „Accessa„, chociaż tu poziom abstrakcji chyba mnie przerósł. Ale postacie z komiksów mają swoje prawa. Mogą wyolbrzymiać i symbolizować apostołów, chłopaków z Samoobrony czy woźnych z podstawówki. I chuj, jakby napisała pewna dolnośląska gazeta. Ale naiwność tefałenowskich fabuł powaliłaby na ziemię nawet stuletnie drzewo. A widząc – pożal się Boże – tzw aktorstwo, stuletnie drzewo spaliłoby się ze wstydu do ostatniej szczapy. Już pomijając wypaczenie idei naturszczyków przed ekranem – czy nikt, kurwa, nie zauważa, że jest intelektcko dymany?

Piło się kiedyś spirytus i piło nalewki. Jakoś to szło, ale z tamtych czasów najlepiej pamiętam, że zapijanie jednego drugim, kończyło się smętnym wyrzucaniem zarzyganych swetrów lub inszych itemów. Mieszanie jednego z drugim upadlało wątrobę gorzej niż niejeden przeszczep. Obecne tefałenowskie miksy upadlają mi głowę zamiast wątroby, ale nie czuję się z tym wcale lepiej. Wątrobę gwałciłem dobrowolnie, głowę z musu. TVN najmniej mi śnieży.

Written by wroobel

Marzec 6, 2009 at 3:04 pm

Napisane w Prawie mądrze

Wstępnie jestem na tak.

leave a comment »

Mało stabilny jestem. Wszak blog to pamiętnik a ja nie mam potrzeby się zwierzać (ach, kochany Pamiętniku, przytul mnie, proszę) i nie mam z czego się zwierzać. Ale lubię pisać. Niesystematycznie, nie zawsze na temat, a czasem w ogóle nie. Ale lubię. Dla samego stawiania znaków na pustej stronie,  dla miękkiego dźwięku uderzania palcami w klawiaturę, dla patrzenia na wyskakujące spod kursora literki – lubię. I bardzo, bardzo podoba mi się fakt, że w ten sposób powstaje treść.

Skoro jest treść to znaczy że ma się coś do napisania. A ma się? Cóż jeśli się nie ma to zawsze można się posiłkować tym, co się czyta. Albo ogląda. Albo słucha. Albo cokolwiek. Tak, zwłaszcza „cokolwiek” przyciąga. Pomyślałem zatem: „czemu nie”? I wpisałem adres wordpressa.

O co chodzi z tą kulturą? Nie, nie mianuję siebie ambasadorem dobrego smaku, bastionem kultury w internecie. Raczej myślałem o tym, ilokrotnie słyszałem w życiu słowa: „TROCHĘ KULTURY SMARKACZU!”, myślałem o ludziach, którzy mi wbijali te słowa do głowy twierdząc, że zamiast siedzieć i pić wino w parku powinienem brać się za naukę i spróbować wyjść na ludzi. Cóż, marnie skończyłem. Nie chcę wychodzić na ludzi, wolę swoje podwórko. A na swoim podwórku, mogę mieć uprawę haszyszu, basen z szampanem i moje własne trochę kultury. I od tego może sobie zacznę.

Written by wroobel

Październik 3, 2008 at 10:28 am

Napisane w Prawie mądrze