Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for the ‘Good ol' time’ Category

Traktat o książce niebezpiecznej. „Niekończąca się historia”.

leave a comment »

Dzisiaj dla odmiany o książce. Ostatnio udało mi się kupić na dvd „Niekończącą się opowieść” Wolfganga Petersena. Rozrzewniłem się deczko, jako, że to mój pierwszy film fabularny jaki obejrzałem w kinie. Fim jaki jest, każdy widzi, ja jednak dwa słowa o książce Trochę też o jej adaptacji, ale mniej niż więcej. Film znają wszyscy, książkę już nie.

Raczej nikogo nie zdziwię stwierdzeniem, że film (bardzo dobry zresztą) książkową treść zawęża i spłyca. Pamiętać jednak trzeba, że Petersen, przenosząc opowieść na ekran wybrał tylko część wątków do opisu, poza tym fabularnie dochodzi tylko do połowy książki (drugą próbował zrobić – i zrobił, niestety, George Miller, ale lepiej pomińmy to litościwym milczeniem). Fantazjana jest światem mocno chaotycznym i relacje pomiedzy postaciami jak i światami (Fanatazjana vs. nasza Rzeczywistość) są dosyć trudne do uchwycenia i chyba nie do końca możliwe do przeniesienia na ekran (chociaż po obejrzeniu Nagiego Lunchu Cronenberga wierzę już we wszystko w tej materii). Przyznaję, że nie do końca pamiętam książkę – czytałem ją z pięć lat temu – ale na pewno pamiętam to, że o wiele bardziej rozbudowana była postać Gmorka – wilkołaka; jego rozmowa z Atreju w opustoszałym mieście (aż się kłamać odechciewa) a poza tym pewnie jeszcze masa innych wątków, które moja nieidealna pamięć pominęła. Tak to, jak wszyscy wiemy, tak z adaptacjami bywa.

Reasumując, „Niekończąca się opowieść” zrobiła wielkie wrażenie na moim pięcioletnim wówczas umyśle. Bohaterski Altreju, Furchur – smok szczęścia, nieszczęsny Artaks, przerażający Gmork, no i ta wszechobecna Nicość, tak, to była superbaśń z prawdziwego zdarzenia. No i główna sprawa (chociaż zdałem sobie z niej sprawę nieco później): zazębianie się światów i próba stworzenia interaktywnej opowieści – TO dopiero było coś. Do tej pory nie spotkałem się z podobnym eksperymentem – i to dodatkowo jest olbrzymim atutem filmu. Tu nie chodziło o przeniesienie się do innego świata tudzież innego średniowiecza – tu chodziło o żywą relację między światami równoległymi.

Powstały potem dwie tak zwane ‚kontynuacje’ (pożal się Zeusie czy inny boże) filmu: w 1990 wspomniane – za przeproszeniem – ‚dzieło’ Millera (z bożyszczem nastolatek Jonathanem Brandisem w roli głównej) i, cztery lata później jeszcze coś, co zostało opatrzone liczebnikiem ‚3’, ale z fimu pamiętam tyle, że mi obrzydził i kino i Fantazjanę i jedzony w tamtym momencie obiad. Dałem sobie spokój z taplaniem się w „Niekończącej się opowieści”.

Na książkę trafiłem dziwnym przypadkiem, może nie aż tak jak Bastian Bux w pierwszej części filmu, ale na pewno w okolicznościach nie do końca wyjaśnionych. O ile pamiętam, miałem jeszcze pewne opory moralno-estetyczne przed wzięciem do ręki książki z okładką koloru różowego – ale przemogłem się, zacząłem czytać i…

… i, jak to się mówi, wsiąkłem. Niezwykła forma książki (dwukolorowy druk) i przede wszystkim sama historia stała sie tak piękna, jak wtedy, kiedy miałem 5 lat. Opowieść, którą znałem, nabrała zupełnie nowych kolorów i znaczeń.

To nie jest łatwa książka. Czasem nawet niebezpieczna. Czasem przeraża. Ale jest piękna, chociaż świeci światłem odbitym – autor nie stawia sobie za zadanie stworzenia niesamowicie spójnej wizji świata przedstawionego, skutego logiką jak łańcuchami. Rozumie się to samo przez się – przecież sam tytuł mówi, że nie będziemy mieli do czynienia z rzeczywistością kompletną i całkowitą. Poruszamy się w świecie fantazji – i nie zapominamy o tym ani przez chwilę. Przyznam, że pierwsza część książki (czyli treść filmu Petersena), wciągnęła mnie umiarkowanie; bardziej fascynowało mnie czytanie książki w dwóch kolorach niż sama treść, którą doskonale znałem. Kiedy jednak doszedłem do momentu nadawania imienia Cesarzowej, do mojej, nie zawsze lotnej, głowy wtargnęło pytanie: chwila jestem w połowie książki – a historia już się kończy? Jak to możliwe? Ale, jak już wiemy, ta historia jest ‚niekończącasię’.

Kiedy, po kilku stronach, okazało się, że mam do czynienia z historią opowiedzianą w sequelu filmu, to, cytując Księgę Hioba: Strach mnie ogarnął i drżenie. Zacisnąłem jednak zęby i brnąłem dalej. I w miarę postępu, szczęki mi się rozluźniały, a ja zastanawiałem się (do dzisiaj zresztą), dlaczego Ende nie wytoczył procesu tym partaczom z Hollywood?! Potworek filmowy, jaki nam zaserwował Miller, kompletenie obdarł Fantazjanę z uroku. Kontynuujmy: historia Bastiana-Bohatera, abstrahując od wszelkich teorii na temat chłopięcych marzeń, itede, itepe, pochłania piekielnie; wielki szacunek dla psychologii przedstawionych postaci i specyfiki miejsc tworzonych przez autora; wiem, że nie są może świeże i orginalne, ale i Lew o (idiotycznym – sorrki) imieniu Wiele Barw, Kolory Tęczy, czy jakoś tak; i – a może przed wszystkim – mój ulubiony Ygramul (czyli Mrowie) robią wrażenie i pozostawiają po sobie niezatarty ślad w pamięci. Natomiast Miasto Cesarzy rządzone przez – chyba – małpę do tej pory budzi moje przerażenie. Nie boję się jego opisu; boję się tego, że będąc na miejscu Bastiana, istniałoby pewne prawdopodobieństwo, że również skończyłbym w tym miejscu… Brrrr… Nie cierpię tego w bajkowych światach: prawie zawsze jest jakiś wyrzut sumienia, który pełni rolę niedopowiedzianego morału i – jak dla mnie – ostrzeżenie: Masz swój świat? To siedź w nim, bo w moim skończysz źle.

No tak, a na koniec… cóż, mówiąc nieco przewrotnie, ta książka rzeczywiście nie ma końca. Starzec Kronikarz mieszkający we wnętrzu Wędrownej Góry mocno zaciska narrację w swojej garści, przez co zapominamy o zupełnie nieistotnej instytucji pisarza (ten Ende spotkał Starca i zerżnął od niego ze dwa rozdziały) i, przez jedną cudowną chwilę, naprawdę czujemy sie uczestnikami tej niekończącej się opowieści.

Chciaż, może mnie pamięć zawodzi, ale czy w tej książce nie jest wyraźnie powiedziane, że wszyscy jesteśmy uczestnikami Niekończącej się opowieści (jakkolwiek głupio to brzmi)?

Jeśli tak to ja się piszę…

Written by wroobel

Listopad 25, 2009 at 1:08 pm