Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Maj 2012

Prorok utracony. „Marley”, reż Kevin Macdonald.

leave a comment »

Z okazji otwarcia Krakowskiego Festiwalu Filmowego miałem okazję zobaczyć najnowszy film Kevina Macdonalda. Nie jestem ani wielkim miłośnikiem reggae ani też pochłaniaczem filmów o muzyce, ale tym razem mój sceptycyzm musiałem odwiesić na kołek razem z płaszczem. „Marley” to bardzo ciepły, bardzo poruszający obraz o jednej z najbardziej ikonicznych i rozpoznawalnych na całym świecie postaci związanych ze sceną muzyczną. Ten prawie dwuipółgodzinny dokument podejmuje próbę uczłowieczenia Marleya, ukazania go poza nimbem chwały którym został otoczony. Macdonald powiedział wczoraj, że spędził sześć lat na zbieraniu materiałów, gromadząc wywiady z przyjaciółmi i rodziną, przekopując archiwalne audycje radiowe i telewizyjne. Ogrom tego reaserchu jest widoczny przez cały czas trwania „Marleya”.

Czy próba odbrązowienia tego posągu się udała? Uważam, że nie – ale nie ma w tym winy reżysera tylko samego Boba Marleya, który, po wczorajszym seansie, okazuje się być człowiekiem niemal idealnym. I wahałem się przy użyciu słowa „niemal”.

Nie zrozumcie mnie źle; fanem Marleya nigdy nie byłem. Znałem może dziesięć jego piosenek; tych których po prostu nie sposób nie znać; wiedziałem że umarł na raka – i to w zasadzie tyle. Celowo pomijam reggae, dredy, skręty i kolorowe czapki – to akurat kultura masowa wchłonęła tak mocno, że chociażbym chciał, to znajomości tych atrybutów się nie wyprę. I tak właśnie, jako skończony dyletant, wylądowałem wczoraj na seansie.

Wydarzenia w filmie są poukładane chronologicznie – od narodzin do pogrzebu. Odpuszczam sobie relację treści – ilość zebranego materiału jest rzeczywiście imponująca i byłbym koszmarnie nieprecyzyjny – ale najważniejsze jest to, że poznajemy Marleya jako człowieka z krwi i kości, z którego jego muzyka i własne przekonania stworzyły kogoś na kształt współczesnego proroka. Dlatego wydaje mi się, że naprawdę ciężko miał Macdonald, chcąc przywrócić dzieciom wizerunek ojca a nie posągu, który głównie zapamiętały. Marley był… unikalny. Pieniądze rozdawał biednym i potrzebującym, jednoczył strzelających do siebie zwolenników partii politycznych; aby zagrać koncert na powstanie Zimbabwe sam sfinansował koszty transportu sprzętu a żeby dotrzeć do czarnej publiczności w USA występował, już jako światowa gwiazda, jako support dla mało znanego zespołu. Oczywiście: nie był zbyt dobrym ojcem, był związany z siedmioma różnymi kobietami (które o sobie wiedziały), był człowiekiem rygorystycznym i silnie związanym z ruchem rastafariańskim.

Co z tego jest prawdziwą wadą? Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Dzięki swojej wierze w Jaha był tym, kim był: Mesjaszem Jamajki; żadna kobieta nie śmiała zachować go dla siebie (żadnej by też nie posłuchał) a kosztem relacji z własnym dziećmi ratował cudze od śmierci głodowej. „Marley” zrobił na mnie kolosalne wrażenie: o to człowiek, który chciał uleczyć cały świat a jego jedynym marzeniem było ujrzenie ludzkości zjednoczonej. I wierzył w to. Dla nas, twardych realistów, to mrzonka, ale teraz już wcale nie jestem pewien czy, gdyby nie rak, Bob Marley nie byłby w stanie tego uczynić.

Polecam gorąco. Ja na pewno do filmu wrócę.

Written by wroobel

Maj 29, 2012 at 3:05 pm

Napisane w Prawie krytycznie

Tagged with ,

Dramat kosmicznego nazisty: To świat jest zły a nie my. Iron Sky

leave a comment »

Pustka, pustka ogarnęła mnie po seansie! Pół roku czekałem na ten film, przybyłem, zobaczyłem – i na cóż teraz mi czekać? No, Prometeusz się nadaje, ale jakże zupełnie inna to klasa i inne oczekiwanie…

Proszę o wybaczenie w sprawie powyższej dygresji. Niecodziennie powstają filmy o nazistach z kosmosu, a ja podobne perły ekranu staram się wychwytywać na bieżąco. Nadzieje przed seansem Iron Sky, jak można się spodziewać, miałem rozbuchane co najmniej do rozmiarów Tadż Mahal czy wręcz oczekiwań po polskiej reprezentacji na Euro2012. Pierwsze recenzje nieco mój zapał ostudziły, film okazał się czymś zupełnie innym niż się spodziewałem, ale przyznać muszę, że sam seans, mimo wszystko wspominam z przyjemnością.

No właśnie: z przyjemnością. Nie z rozkoszą czy z wybitnym zafascynowaniem, ponieważ jednak „Iron Sky” sprzedał mi zupełnie inne emocje niż moje ociekające absurdem i kpiną wyobrażenia na jego temat.

Oczywiście; absurd i kpina w filmie grają, ale nie w rolach głównych; trudno mi zresztą sobie wyobrazić film o nazistach z księżyca utrzymany w konwencji innej niż humorystyczna. Okazuje się jednak, że ci sprytni Finowie pod przykrywką świetnej zabawy i sprawnej warsztatowo konstrukcji (która to za sprawną warsztatowo zostanie uznana przede wszystkim w momencie, kiedy pamiętać będziemy o ograniczeniach budżetowych, z którymi borykali się twórcy) spróbowali przemycić strzępki moralitetu i politycznej satyry na współcześnie rządzących i liczących się przywódców naszego świata. Czy się udało? Sami oceńcie.

Fabuła aż sama prosi się o poklask wszystkich miłujących sarkazm i ironię. W 1945 roku Hitler wysyła swoich żołnierzy na ciemną stronę księżyca, gdzie budują bazę i tworzą największą maszynę wojenną w historii wojskowości: Zmierzch Bogów. W 2018 roku naziści są gotowi do inwazji na Ziemię, najpierw jednak wysyłają tam swojego szpiega, przyszłego Fuhrera, Klausa. Klaus ma zapędy imperialistyczne w jasny sposób wyrażane przez jego zaciętą i nieustępliwą fizjonomię; ma również ukochaną Renate, idealistyczną nauczycielkę angielskiego oraz złapanego chwilę wcześniej amerykańskiego kosmonautę, Jamesa Washingtona, który jest – jakże by inaczej – Murzynem. James ma doprowadzić Klausa i Renate do amerykańskiego prezydenta, kobiety zresztą, z którym którą wredny Klaus chce zawrzeć wredny pakt przeciwko swojemu obecnemu Księżycowemu Fuhrerowi, Wolfgangowi Kortzfleischowi. Po wielu perypetiach, obejmujących wybielenie Murzyna wybielaczem, wykorzystanie nazistowskich haseł do budowania kampanii prezydenckiej w USA, bolesne zetknięcie idealizmu Renate z prawdziwą dawką faszystowskich zachowań zakorzenionych w ziemskiej historii, naziści z Księżyca w końcu doprowadzają do inwazji na Ziemię, wywołując chaos, zniszczenie i miłość czystej rasowo Renate z nieczystym kolorystycznie Jamesem.

Inwazja odbywa się pełną piersią, chociaż nie da się ukryć, że twórcy wymagają tu od widza sporej dawki „zawieszenia niewiary” w kontekście jakości efektów specjalnych. Nie twierdzę, że jest bardzo źle, po prostu widać braki budżetowe w jakości wybuchów czy planów ogólnych – chociaż widok dziarskich Zeppelinów mknących przez przestrzeń kosmiczną i holujących meteory do przeprowadzenia „meteorblitzkriegu” na Nowy Jork i okolice jest autentycznie sympatyczny i wywołujący uśmiech nadziei na twarzach wszystkich anty amerykańsko nastawionych widzów. Stany Zjednoczone oczywiście odpowiedzą ogniem, w „bitwę o Ziemię” włączą się również inne kraje – poza Finlandią, ale, dalszych losów świata nie zdradzę, żeby nie psuć zabawy. Albo rozczarowania.

Dziwny jest ten film – dziwny jest jednak jednak dziwnością formalną a nie treściową. Mimo wszechobecnej swastyki nie ma wiele wspólnego z klasykami gatunki nazi exploitation. Absurd koncepcyjny, czyli idea filmu o nazistach z kosmosu nijak ma się (a szkoda) do absurdu filmów o zombie nazistach  czy o tym, że Surfujący Naziści Muszą Umrzeć. Wszystkie te elementy, które powinny nobilitować film, jako kolejną ikonę kultowego kiczu – w przypadku tej produkcji nie mają miejsca. „Iron Sky” okazuje się refleksyjną, nieco prześmiewczą ale też naiwną opowiastką o władzy, dominacji i o fakcie, że systemy totalitarne dzielą sie na wyklęte i na amerykańską demokrację.

Jeśli nazistowska inwazja na Ziemię miała na celu wyśmianie amerykańskiej dominacji nad światem, żonglerkę cytatami (celnymi, nie przeczę) z bieżących wydarzeń politycznych czy nawet kolejną wizję rujnowania ideologicznej utopii, to nazistów równie dobrze można było zastąpić kosmitami, społecznością syren albo graczami World of Warcraft. Mimo całej mojej sympatii do filmu, „Iron Sky” cierpi na chroniczną niekonsekwencję w żonglerce konwencjami i gatunkami z których czerpie inspiracje. Mimo wszystko polecam, chociażby, po to żeby Polacy dowiedzieli się, że można kręcić filmy o nazistach w sposób nieczołobitny i niehist(e/o)ryczny – tak, pamiętam o Hardkor44, ale uwierzę jak zobaczę; polecam również dlatego, iż mimo wszystko film jest zabawny, z mnóstwem ciekawych, chociaż niekoniecznie spójnie posklecanych wątków. Wychodzę zwyczajnie z założenia, że takiej fabuły nie sposób przegapić, że Julia Dietze jest śliczna, Udo Kier – groteskowy, ścieżka dźwiękowa Słoweńców – udana, półtorej godziny Waszego czasu – niekoniecznie stracone. Polecam sprawdzić.

Written by wroobel

Maj 10, 2012 at 1:05 pm