Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Kwiecień 2011

Steampunk w mandze zakochany. Sucker Punch.

with one comment

Przyjęło się twierdzić, że kino stylu zerowego do refleksji skłaniać nie musi. Wysokobudżetowe produkcje zwłaszcza. A ja wyszedłem z kina ponad dwie godziny temu i dalej nie mogę sklasyfikować Sucker Punch. Mam problem, żeby znaleźć wszystkie odwołania, symbole, hołdy i w pełni zrozumieć całą tą postpostpostmodernistyczną zabawę jaką sprawił sobie i mi Zack Snyder.

Jestem i zachwycony i nieprzekonany. Trailer i caly marketingowy zgiełk szykował mnie na bezrefleksyjną naparzankę, w której dozwolone jest wszystko – bo przecież to w wyobraźni jest. Jednak po seansie jestem prawie przekonany, że „w tym szaleństwie jest metoda”, a reżyser miał powód, żeby stworzyć ten ikonograficzny kalejdoskop kina akcji.

Jak uciec ze szpitala psychiatrycznego przez wyobraźnię? No cóż, trzeba walczyć. Z kim? Z personelem, ze smokami, orkami, zombiakami i pięciometrowymi samurajami. Ze sobą. Szczerze mówiąc, brzmi to tak, jakby sam twórca potrzebował wariatkowa. Tym bardziej, że bohaterowie to nie grupa twardzieli pod wezwaniem Sylwestra Stallone a pięć kruchych dziewczynek. A jednak ma to sens. Wyobraźnia jest niezmierzona i to chyba pokazuje Snyder, odwołując się do najpopularniejszych mitologii kina akcji. Mamy zatem maraton przez kino wojenne, kino sensacyjne i bohaterską fantasy spod znaku „Władcy Pierścieni”, a wszystko to okraszone gwiżdżacą parą steampunku, ktory właśnie pokochał się z japońskim anime. Z wyobrażonego kina akcji, które jest najczystszą hiperbolą zmagań z losem jaką znam, dziewczyny wracają do rzeczywistości swojej burleski, w której toczy się właściwa opowieść o tym, jak odzyskać niesłusznie (?) odebraną wolność. Trzeci, rzeczywisty poziom narracji to klamra kompozycyjna w „naszej” zwykłej, ponurej codzienności.

I chociaż każda z tych płaszczyzn osobno jest zgrabna i uporządkowana, a ogląda się to naprawdę nieźle, to jednak obawiam się, że w momencie ich łączenia wkrada się spora dawka chaosu i niezrozumienia. Pomijając, że przeciętny zjadacz popcornu może poczuć sie zagubiony, zanim odnajdzie właściwy ton narracji, to problemem dla mnie jest to, że każdy poziom fabuły odwołuje sie do zupełnie przeciwstawnych emocji widza powodując cholerny dysonans poznawczy. Zazwyczaj powinno być wielkim plusem to, że zakończenie filmu gatunkowego jest zaskakujące; powinno to cieszyć każdego znudzonego schematami kinomana – a wcale się tak nie czułem. Przejście od euforii zwycięstw do samopoświęcenia wśród kompletnie nieinteresujących antagonistów rozgrywa się tak szybko, że zwyczajnie nie ma momentu, który pozwala się na to przygotować. Powrót bohaterek do codzienności uświadamia widzowi, że nawet kiedy wygrywały wielkie bitwy to i tak przegrywały wojnę, a ostatnie zwycięstwo, które przecież musiało się dokonać celem podtrzymania konwencji, jest wymuszone i w ogóle niesatysfakcjonujące.

Czy to tylko wrażenie, czy jestem jedyną osobą, która uważa, że żaden gorliwy poszukiwacz kobiecych wdzięków nie ma czego w tym filmie szukać? Po pierwsze, bohaterki to aktorskie nieheblowane drewno; jedynie Rocket się wybijała i świeciła w tym gronie. Główna bohaterka, mimo ślicznej fryzury wykazała się wachlarzem ekspresji niewiele większym od ekspresji wyrażanej przez moje drzwi balkonowe. Po drugie, cała piątka bohaterek, mimo pięknych makijaży i wyzywających ciuszków jest zupełnie dwuwymiarowa, przez co kompletnie oderotyzowana. Natłok nawiązań do „wojującej mangi”, uzbrojenie dziewczyn od stóp do głów i uczynienie z nich heroin własnych snów zatarł całkowicie ich kobiecość, zostawiając obrazki, równie pociągające co zdjęcia w „Życie na Gorąco”. Poza tym, nasz polski akcent drażnił mnie tak niemiłosiernie, że w ogóle nie chciałem patrzeć na piękną Carlę a jedyną naprawdę sympatycznie zagraną postacią był Blue, który, z oczywistych względów, sympatii wzbudzać nie powinien.

Pomieszanie z poplątanym i jeszcze chaos na wierzchołku. Aktorki rodem z Hannah Montana, którym zamarzyły się spluwy i samurajskie katany. A jednak… coś nieokreślonego ciągnie mnie do tego filmu, do tej drogi przez mękę, pełnej ludzi okrutniejszych od smoków czy kucharzy bardziej obleśnych od zombie w faszystowskich mundurach. Mimo wszystkich wad, „Sucker Punch” pozostaje filmem o niezłomności, o słabości, którą można przezwyciężyć, o walce za innych i walce o swoje. Nawet jeśli mowią mi to plastikowe dziewczynki w podwiązkach i podkolanówkach, to nie sposób nie pogratulować Snyderowi pomysłu.

Reklamy

Written by wroobel

Kwiecień 6, 2011 at 10:21 pm