Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Marzec 2011

Zjeżona rzeczywistość. Jeż Jerzy.

leave a comment »

No i właśnie polityka programowa telewizji doprowadziła do tego, że wytworzenie się w Polsce autorytetów tej miary, krytyków literackich, którzy mieliby status gwiazd telewizyjnych [aktor mówi tu o Marcelu Reichu Ranickim, przyp. wroobel], jest niemożliwe. Kilka lat temu gala wręczenia Nagrody Literackiej NIKE była dużym wydarzeniem transmitowanym w czasie najlepszej oglądalności przez TVP. Po ogłoszeniu werdyktu wszyscy o nim mówili, robił się ferment kulturalny. W tej chwili najważniejsze wydarzenie literackie w Polsce ginie w natłoku wiadomości o tym, kto przeszedł do następnegu etapu Tańca na Lodzie, jak duży dekolt ma Jola Rutowicz i czy Kasia Cichopek przepadkiem znowu nie jest w ciąży. Dlaczego tak się stało? Z jednej strony ludzi zawsze interesowała tania rozrywka i zaglądanie gwiazdom do łóżka, z drugiej telewizja tak uparcie lansuje tego rodzaju programy kosztem wszystkich innych, że utrwala i pogłębia to zainteresowanie. Zmienia proporcje.

Cytat z wywiadu z Andrzejem Grabowskim, który ukazał się w marcowym Bluszczu, będący odpowiedzią aktora na zdjęcie z anteny TVP programu Hurtownia książek, spadł mi trochę jak walizka z pieniędzmi z nieba. Podobnych treści przeczytałem w swoim skromnym życiu całkiem mnogo, dawno jednak zapomniałem kto i z jakiej okazji o tym mówił. Że niby każdy? Ja wiem że każdy, ale nie wiem KTO. A, nie ukrywam, że od wczoraj zastanawiałem się nad tym wielokrotnie, bo nic tak dobrze jak pojęcia związane z „umasowieniem”, „banalizacją” czy wręcz „infantylizacją” nie mogło oddać natury pierwszej od wielu lat polskiej satyry filmowej jaką jest Jeż Jerzy.

Nie ukrywam, że podchodziłem do filmu jak pies do, ekhem, jeża, ale w końcu nadarzyła się okazja i wylądowałem na seansie. I żeby nie było wątpliwości – ja tego bohatera znam i bardzo lubię, od lat wielu, zarówno tego ze „Ślizgu” jak i tego ze „Świerszczyka„. Tylko, że Polacy już próbowali się z adaptacjami animacji – i z Kajkiem i Kokoszem i z Tryumfem Pana Kleksa. I co? I du…żo z tego nie wyszło. Ani rozgłosu ani poklasku. Pogłoski mówiły, co prawda, że nad filmem pieczę sprawuje twórca Jeża, Tomasz Leśniak; że ekipa produkcyjna nie rzuca się na 3D czy inne „cuda techniki”; że głosy podkłada obsada znana, sprawdzona i lubiana – ale i tak miałem wątpliwości.

I, przyznać muszę, że początek Jeża nie ułatwił mi zadania. Wiedziałem, że film jest „niegrzeczny”, ale nie spodziewałem się, że zostanę zbombardowany taką ilością bluzgów i rzygowin naraz. Historia jest jakby znana: oto nikczemny naukowiec wpada na pomysł sklonowania popularnego gwiazdora, a pomiary wykazują, że najodpowiedniejszy będzie jeż. Punkt wyjścia ograny, ale strawny. Asystent naukowca oczywiście trafia na Jeża Jerzego – i od tego „nieoczekiwanego” zwrotu akcji rozpoczyna się szalona warszawska gonitwa, w której udział biorą źli naukowcy, wietnamscy kucharze, zachłanni politycy, skinheadzi z problemami, dziwki o złotych sercach, podwórkowe miłości, a nade wszystko – jeż i klon.

Chociaż opowieść brzmi banalnie, a sama forma też może utrudniać odbiór – animacja wycinankowa 2D, w dobie trójwymiarowych bajek może wyglądać jak Rubin przy Sony Bravia – to „Jeż Jerzy” jest najinteligentniejszą komedią polską ostatnich lat. I najbardziej demaskatorską, można rzec. Opowieść o tym, jak klon Jerzego, pod nieobecność naszego bohatera, zdobywa sławę i poklask wśród wszystkich grup społecznych, a jego przesłaniem do publiczności jest pierdzenie, bełkotanie i wystawianie faków – no kurczę, wypisz wymaluj, jest to trend, który w naszym kraju nabiera coraz większego rozpędu! Oczywiście, ważne jest, żeby takie zachowanie było jeszcze poparte pseudointelektualnym wywodem scenicznych „autorytetów”, potrafiących dorobić prawdziwe awangardowe zaplecze nawet do publicznej masturbacji. Może będzie to zbyt daleko idący wniosek, ale tak jak Banksy pokazał wielką mistyfikację, gdzie popularność postaci przekłada się na jej publiczne „branie” – tak i w filmie Wawszczyka i Leśniaka mamy powszechnie znanego bohatera, który wraz ze swoją ikonicznością może sprzedać każde, nawet najbardziej niedozwolone społecznie zachowanie pod postacią happeningu lub nowej sztuki. Nie wiem, ile za wystąpienie bierze Jola Rutowicz, ale jej osoba rozpędziła banalizację przekazu audiowizualnego do prędkości wybijającego się z progu Małysza.

Smutne jest to, że najbardziej realną w polskim kinie współczesnym relację między „możnymi tego świata” – czyli mediami i polityką, a masowym odbiorcą pokazuje umowna rzeczywistość komiksu. Jeszcze smutniejsze jest to, że to, co komiks wyszydza i wyolbrzymia powoli staje się szarą rzeczywistością a nie kpiarskim przerysowaniem. Raduje jedynie fakt, że, mimo wszystko, ktoś zwraca na to uwagę.

Reklamy

Written by wroobel

Marzec 21, 2011 at 10:33 am

Spotkanie z gigantem (gatunku). Łowca trolli.

3 Komentarze

Już kilkakrotnie zdarzyło mi się słyszeć, że po Paranormal Activity 2 sensowność pseudodokumentalnego kina grozy zawisła na włosku. No bo ileż może straszyć rozbiegana kamera i „straszenie klimatem”, bazujące na podświadomym lękiem przed tym czego nie widzimy? Co zatem trzeba zrobić z konwencją, jeśli się wypala? Najwyraźniej odpowiedź jest prosta – oddać kamerę Norwegom!

Łowca Trolli to film-fenomen. Ocierający się o granice parodii, utrzymany właśnie w konwencji paradokumentalnej, oszczędny w środkach, okazuje się być kwintesencją gatunku – nawet jeśli jest to gatunek, który właśnie został stworzony. Bo jak inaczej określić przyrodniczą-dokumentalną baśń grozy? Mieszanka, zdawałoby się, niebezpieczna; kiczowata wręcz – ale nie, w „Łowcy Trolli” wszystko wydaje się być poukładane i podane widzowi z dbałością o najdrobniejsze detale.

Poznajemy grupę studentów, którzy przyjeżdzają zarejestrować kamerą lokalną historię o niedźwiedziu pustoszącym północnonorweskie lasy. Od razu wpadają na tajemniczego myśliwego Hansa, który, jak się okazuje, wcale nie poluje na okoliczne misie. Początkowo niechętny filmowcom, Hans zgadza się na towarzystwo kamery w jego codziennej – czy raczej conocnej – pracy, a ta bardzo szybko okazuje się wykraczać poza standardowe formy chodzenia ze strzelbą po lesie w poszukiwaniu grubego zwierza. Zwierz oczywiście jest, ale „gruby” okazuje się być zupełnie niewystarczającym określeniem tego, co młodzi ludzie ujrzą w leśnych ciemnościach.

Studenci, jak to studenci. Słysząc hasło: „polujemy na trolla”, nie są w stanie potraktować go poważnie. Pierwsza noc w lesie zaczyna się od skrytych chichotów, dwuznacznych komentarzy i chęci szybkiego zdenuncjowania Hansa jako człowieka niespełna rozumu. Prawda jednak przychodzi błyskawicznie, z siłą łamanej sosny. Jeszcze nie otrząśnięci z niedowiarstwa, filmowcy pędzą w panice przez las, próbując ukryć się przed monstrualnym, trzygłowym trollem. Bohaterowie są w szoku – ale widz jest jeszcze w większym, bo natrafia na przełamanie stereotypu pseudodokumetalnej opowieści w której „nic się nie dzieje”. Figa! Po czarownicach i demonach, których do tej pory nikt nie widział, troll wbiega na arenę zdarzeń w tempie bolidu Roberta Kubicy, stanowiąc dopiero preludium do prawdziwych wstrząsów w naszej wyobraźni. Dalej jest prawdziwa ostra jazda bez trzymanki, kiedy już w pełni przekonani studenci decydują się wciąż towarzyszyć łowcy trolli, wpadając do kotła starych wierzeń, naukowych wyjaśnień, gigantycznych trolli i wielkiego spisku norweskiego rządu. Wszystko to zilustrowane pięknymi widokami Północy, zamieszane chochlą pełną strawnie| sprawnie nakręconych kadrów operatora.

Zakładam, że sceptykom trudno nie uśmiechnąć się z politowaniem, słysząc opis filmu. Być może słusznie. Bo, teoretycznie, gdzie trolle, gdzie spisek rządu a gdzie porządna groza? Jak się okazuje – właśnie tu; i to jest właśnie fenomen „Łowcy Trolli”. Trolle są żywcem wyjęte ze skandynawskich legend; żyją setki lat, kamienieją w świetle, stołują się pod mostami i gwałtownie reagują na krew chrześcijanina. Oprócz tego, że te twarde fakty widzimy na ekranie, z kamienną twarzą opowiada o nich również Hans, który niczym Austin Stevens, wprowadza ekipę filmową – i widza przy okazji – w biologiczno-kulturowe szczegóły bytności prastarych istot. Śmieszne? Zupełnie nie; raczej sympatyczne i sprytne, bo odwołuje się do elementarnej wiedzy widza na tematy, z którym mierzyliśmy się zaraz po przyjściu z przedszkola. Chwilę później widza dopada groza; groza mrocznego lasu i nie_tak_odległych_tajemniczych_odgłosów_w_ciemnościach, a wszystko obserwowane przez kamerę z ręki; trudno nie poczuć się jak w Blair i nie przypomnieć sobie dreszczy na plecach. Zimne milczenie organizacji rządowych na tematy legendarne, oraz zaciekłość w zwalczaniu prób udokumentowania tajemnicy przywodzi na myśl dramaty mieszkańców wszelkich amerykańskich miasteczek odciętych od świata i skazanych na wymarcie decyzją rządu swojej ojczyzny. Odwołań intertekstualnych jest w filmie mnóstwo, a wszystkie sprawiają wrażenie dwukrotnie przemyślanych i z premedytacją włączonych w scenariusz „Łowcy Trolli”. Film balansuje na krawędzi parodii – ale na pewno jej nie przekracza. A ludzie odpowiadający za ożywienie trolli powinni zostać nagrodzeni brawami na stojąco: każda istota w filmie jest innej fizjonomii, innej specyfiki i innego rozmiaru – i każda wygląda fantastycznie.

Oczywiście, że można by się podoczepiać kwestii (czy raczej szczególików) formalnych: postacie drugoplanowe niewyraźne, czasami drętwe dialogi, trochę kulejąca logika sytuacyjna i inne podobne niuanse. Oczywiście, że nie jest to film dla każdego – znam ludzi, dla których najkrótszy opis filmu będzie barierą nie do pokonania (Trolle? Nie za stary na to jesteś?). Nie zmieni to jednak faktu, że „Łowca Trolli” jest najciekawszą, najsympatyczniejszą i najbardziej bezceremonialną hybrydą gatunkową jaką znam. I chcę więcej. I to szybko!

Written by wroobel

Marzec 3, 2011 at 12:22 am