Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Grudzień 2010

O pleceniu bajek niestworzonych. Schronienie.

leave a comment »

Całkiem niedawno, tak znienacka, uderzył mnie fakt, że mam w Krakowie kino, do którego zawsze jak idę, to jestem zadowolony z seansu. Wyjątkiem miały być Pręgi Magdaleny Piekorz, ale, jako że było to sześć lat temu, niech będzie, iż to ten wyjątek potwierdzający regułę. Niestety, ostatni poniedziałek pokazał mi, że po dobrej passie zawsze przychodzi doradca finansowy i wystawia fakturę. Tym razem doradcą okazał się nie byle kto, bo François Ozon ze swoim Schronieniem. Nie da się opowiedzieć zarzutów wobec tego filmu bez opowiadania samej treści, zatem wrażliwych na spoilery zapraszam do innych wpisów.

Ale po kolei. Początek jest świetny, a przy okazji w sam raz do pokazywania na lekcjach o narkomanii w gimnazjum. Mocny, dosadny, niemal pornograficzny obraz dwójki heroinistów w narkotykowym ciągu, z odpowiednim – ale i logicznym, bo stanowiącym punkt wyjścia fabuły – morałem.

Chwilę później wkraczamy w świat Ozona, który doskonale znamy z jego poprzednich wyczynów, czyli 8 kobiet czy Basenu: blichtr, olbrzymie posiadłości, panowie w drogich garniturach, kobiety w sukniach droższych od cen mieszkań po boomie budowlanym. Potwornie pretensjonalne, ale mam wrażenie, że jest to chyba cecha autorskiego stylu; reżyser ten z pretensjonalizmu uczynił swoistą metodę, środek filmowego wyrazu. Reasumując, na scenie mamy baśniową Francję, nie znającą chłodu, głodu i niestylowych ubrań. Ponieważ to Ozon – zupełnie do przełknięcia.

Lecimy z fabułą. Mamy heroinistkę, której facet przedawkował a ona sama, po trzech dniach ponarkotykowej śpiączki dowiaduje się, że jest w ciąży. O bohaterce nie wiemy nic, poza tym, że dobrze jej z igłą wbijaną w okolicach co bardziej ukrwionych. Wygląda na hardą ale możemy się mylić. Niemniej, rodzina zmarłego narkomana, ojca dziecka, jest kompletnie przeciwna narodzinom, zatem nasza heroinistka, w afekcie popogrzebowym, godzi się na aborcję, po czym…

… po czym skaczemy (my, widzowie) kilka miesięcy w przód, na sielską prowincję, gdzie heroinistka, już na metadonie (czyli w trakcie terapii odwykowej) w wyraźnie zaawansowanej ciąży układa sobie ciche ale dostanie życie samotnej matki. Skąd ma pieniądze, czym się zajmuje i jak wyszła z głodu heroinowego – tego nam reżyser nie zdradza. „Cóż„, myślę sobie, „Ozon ma na pewno coś ciekawszego do przekazania niż wyjście z nałogu i walkę instynktu macierzyńskiego z instynktem narkomana. Niech mu będzie„. Co dalej? Dalej pojawia się gej. Gej jest bratem zmarłego, zupełnie niepodobnym bo adoptowanym w dzieciństwie. Zatrzymuje się u ciężarnej na dni kilka, bo jest w beztroskich wojażach. Zatrzymuje się i, mimo początkowej niechęci, zaczyna być członkiem tej dziwnej rodziny.

I, uwierzcie mi, część filmu o tym, jak sobie żyje ciężarna ex-narkomanka w pełnej komitywie z gejem (a później dwoma) – jest prawdziwą, skończoną baśnią. Mamy królewnę i jej dwóch kompanów: z jednej strony aseksualnych jak grimmowi krasnoludkowie (bo przecież z innego gatunku); z drugiej – rycerscy i pomocni jak z poematu o Rolandzie. Dalej mamy królestwo w którym świeci słońce, przyroda rozwija się w najlepsze, wszyscy są albo niezmiernie mili albo tak nieistotni, że aż żal wspominać. Tu prym formalny wiedzie swoisty realizm fantastyczny, pewna baśniowa konwencja, którą Ozon posługuje się po mistrzowsku. Kupiłem to bez zmrużenia oka, szykując się na kolejne zachwyty przy potencjalnym rozwiązaniu fabuły. Niestety, nie przewidziałem najgorszego.

Najgorsze czyli co? Cóż, w najstraszniejszych koszmarach nie przewidziałem tego, że jakikolwiek reżyser, zwłaszcza całkiem uznany, będzie próbował mi sprzedać bajeczkę (ale już nie: baśń, bo ta odfrunęła chwilę wcześniej, razem z gęśmi Selmy Lagerloff) o tym, jak to zadeklarowany gej, pod wpływem dotknięcia brzucha ciężarnej, przestaje być gejem i zaczyna się z nią kochać. No kaman! Nie zdarzyło mi się jeszcze tak rechotać podczas sceny aktu miłosnego. Nawet nie miałem siły się obrazić za gwałt na inteligencji widza. Pozytywnym aspektem jest chyba tylko fakt, że jest to świetny przykład, który dosadnie pokazuje, jak łatwo z magicznego bajania wpaść w pospolite bajdurzenie.

Niestety, to nie wszystko. O ile jedną taką „wpadkę”, w miarę jednak logiczną w perspektywie całości (no samotna matka w bogatych sferach Francji? to już lepiej niech kocha się z gejem), można wybaczyć; o tyle naigrawanie się z sympatii widza, jest kompletnie – dla mnie – niewybaczalne. O co chodzi? Nie napiszę wprost, być może ktoś jednak zdecyduje się na potyczkę z Ozonem. Jednak dziewczyna, która dla utrzymania ciąży walczy z nałogiem, odrzuca pomoc lekarską przy aborcji i przez większą część filmu uczy się swojego nowego stanu – po czym dopuszcza się dosyć dziwnej decyzji (gdzie „dosyć dziwna decyzja” jest eufemizmem na miarę „mały nieporządek w PKP”) już po urodzeniu dziecka – staje się osobą tak niesympatyczną i niewiarygodną, że widz zadaje sobie natychmiast pytanie: „no to fajnie, ale po co to wszystko”?

Szczerze mówiąc, ja kompletnie nie wiem.

Reklamy

Written by wroobel

Grudzień 22, 2010 at 11:27 pm

Rodriguez twórca mitów. Maczeta.

leave a comment »

Wiecie co? Niesamowite jest, jak nasze przyzwyczajenie do konwencji nie pozwala czasem na szersze spojrzenie na twór filmowy. Wyobraźcie sobie Maczetę jako komiks. Przerysowane ujęcia, wyolbrzymione cechy postaci, niewiarygodne punkty zwrotne i duża dawka niewiarygodnej – ale akceptowalnej w sferze gatunkowej – akcji. Już?

Po co o tym piszę? Bo jak wyszedłem wczoraj z kina, to na dobre zaklinowałem się w przekonaniu, że „Maczeta” jest najwspanialszym hołdem jaki Rodriguez mógł zafundować jednemu ze swoich poprzednich filmów. I nie, nie mówię tu o żadnym kinie spod znaku exploitation, czyli dylogii Grindhouse – tego w filmie w ogóle nie widziałem – ale o adaptacji (dla mnie) idealnej, czyli o Sin City.

Zaskoczeni? Cóż, zastąpcie sobie żółtoupalne kolory Teksasu czernią i bielą Miasta Grzechu. Wyobraźcie sobie czerwonoustą i czarnobiałą Michelle Rodriguez i porównajcie do Rosario Dawson. Danny Trejo to czyste alter ego Micky’ego Rourka, tylko bez zbędnej w tym wypadku charakteryzacji – no kurcze, najprawdziwszy sequel!

Gdybym rzeczywiście oglądał „Maczetę” jako pastisz i próbę powrotu do stylistyki kina niskobudżetowego – potraktowałbym film jak siarczysty policzek dla mojej inteligencji. „Maczecie” jest równie daleko do kina niskobudżetowego co mi do nagrody Nobla w zakresie fizyki kwantowej. Nawet umowna „taniość” efektów i scenografii nie wymaże z umysłu widza widoku śmietanki najlepiej zarabiających gwiazd Hollywood w rolach drugo- i trzecioplanowych. Nawet ślepi i głusi i zaszyci w najciemniejszych zakątkach swoich norek słyszeli o Rodriguezie i wiedzą, że jest to artysta ceniony i jego filmy mogą być jedynie odbiciem lustrzanym pewnego trendu, kiedyś określanego mianem „żenującego”; teraz jako „intrygującego”. Nie, moi drodzy, exploitation bardziej objawia się dzisiaj w kolejnych teen horrorach niż w takim klasycznym komiksie, jakim jest „Maczeta”.

Oczywiście – punkt widzenia zależy od punktu patrzenia. Zdaję sobie sprawę jak daleko od konwencji noir, rozbuchanej do granic w przypadku przeniesienia na ekran komiksu Franka Millera do kina sensacyjnego klasy B, sygnowanego nazwiskami Billy’ego Drago, Lorenzo Lamasa czy nawet Chucka Norrisa, a z którego garściami czerpie Rodriguez. Widzę też różnicę pomiędzy przesłaniem: bohaterowie Millera zazwyczaj giną w heroicznych pozach w potwornie skorumpowanym świecie, podczas gdy Maczety nawet Hulk by nie zmógł. Jednak komiks, ten bohaterski zwłaszcza, operuje w dużej mierze symbolem, wyolbrzymieniem i mitem, a tego w najnowszym filme Rodrigueza nie brakuje.

Co więcej, reżyser, oprócz analogii komiksowej w sferze narracyjnej, stosuje analogie formalne – i to nie tylko w stosunku do „Sin City”, ale też do, na przykład, „El Mariachi”. Bohaterowie to archetypy wyrzutków, kobiety to zmysłowe wojowniczki a antagoniści to narkotykowi krezusi. I chociaż senator McLaughlin (de Niro) nie należy do rodziny Roarków, bohaterska Luz (Rodriguez) nie mieszka w dzielnicy prostytutek Miasta Grzechu a Maczeta nie jest bliźniakiem Marva, to ich ikonografia jest niemal identyczna w obu przypadkach.

Jest jeszcze jedna, ważna kwestia, będąca pomostem pomiędzy „Sin City” a „Maczetą”: w obu filmach Rodriguez wyraźnie stawia granicę pomiędzy Prawem a Sprawiedliwością (bez skojarzeń proszę); w obu filmach mierzą się ze sobą dwa kodeksy: prawny i moralny, które nie są ze sobą tożsame. Godność człowieka i chęć służby ludziom jest w dużej mierze uzależniona od systemu, który sobą reprezentuje, zatem Rodriguez stawia pytanie, jakie są możliwe zachowania, gdy system, w obrębie którego funkcjonujemy, jest skorumpowany? Stawia pytanie – ale nie udziela odpowiedzi, ani w jednym, ani w drugim przypadku. Różnica zaledwie jest taka, że o ile historie z Miasta Grzechu są, mimo narracji pełnej cynizmu i czarnego humoru, w dużej mierze tragiczne w skutkach (bohaterowie zaliczają moralne lub fizyczne upadki); o tyle Maczeta traktuje ten dylemat w sposób wybitnie popkulturowy i chyba raczej powierzchowny.

Trudno jednak Maczetę winić – w końcu jest to bohater, który etykietkę „kultowy” miał przyklejoną do czoła długo przed rozpoczęciem realizacji filmu. Kolejny fenomen: oto bohater, nie mający zakorzenienia ani w literaturze ani w sztuce, staje się sławny zaledwie po dziewięćdziesięciosekundowym trailerze. Rodriguez twórcą mitów? Cóż, wychodzi mu to wcale nieźle.

Written by wroobel

Grudzień 14, 2010 at 4:29 pm