Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Wrzesień 2010

Opowiedzieć piekło. Srpski film.

20 komentarzy

Od kiedy pamiętam, jednym z obszarów mojego zainteresowania filmem, była dekonstrukcja i deformacja – zarówno w kwestiach fabularnych jak i formalnych. Stąd też pochodzi moja wielka miłość do dzieł Davida Cronenberga, Alejandro Jodorowsky’ego, Takashiego Miike czy Shinyi Tsukamoto. Każdy z nich poszerza – a czasem bezlitośnie łamie – ogólnie przyjęte konwencje obyczajowe, tworząc filmy-manifesty: pogarda dla pojęcia gatunku, pogarda dla obyczajowości i moralności, pogarda dla „poczucia bezpieczeństwa”. I chociaż do tej pory z – oswojonym -niedowierzaniem patrzę na czołówkę Dead or Alive czy na losy Złodzieja ze Świętej Góry, to, mimo wszystko, widzę w tym pewien porządek i logikę. W Srpskim filmie nie ma ani jednego ani drugiego. Jest tylko fizyczne i moralne zło.

Daruję sobie wstawki o niesłychanym okrucieństwie, bo „okrucieństwo” brzmi mocno tandetnie w kontekście tego filmu. Powstrzymam się od pisania, że gorzej nigdy nie było, bo odwołam się tym do najtańszych chwytów marketingowych producentów filmowych. Ja wolałbym po prostu, żeby ten film nigdy nie powstał.

To nie tak, że do oglądania filmów jak ten serbski mam za słabe serce czy umysł. Mieszanie ekstremalnej przemocy i pornografii to motyw stary, chociaż może nie do końca znany szerszej publiczności – w końcu Antonim Artaud stworzył swój Teatr Okrucieństwa jeszcze przed II wojną światową. Jego założenie nie jest jeszcze ekstremum, ale to na nim wzorował się Jodorowsky, kiedy z Rolandem Toporem i Fernando Arrabalem zakładali grupę Panique, odwołującą się ideami do antycznych bachanaliów w mocno wynaturzonej postaci. Zresztą, za swój pierwszy pełnometrażowy film będący adaptacją sztuki Arrabala właśnie, Jodorowsky ledwie uniknął linczu (podobno) i został wyrzucony z festiwalu w Acapulco dekretem burmistrza miasta.

Z kolei Jodorowsky to zaledwie (ekstremalna) dobranocka przy akcjonistach wiedeńskich, których happeningi obejmujące zabijanie zwierząt czy samookaleczanie co rusz kończyły się w sądach.

Łatwiej mi się pisze o tym co naokoło niż miałbym przejść do sedna. Srpski film. Tak.

Film jest zły. Moralnie powala na kolana wszelkie świętości i konwencje. Ja już przestałem się zastanawiać kto kręci takie filmy – zastanawiam się raczej, jak można w nich zagrać? Co ma w głowie człowiek, który czyta w scenariuszu, że zagra w scenie z porodem? Albo w zakonczeniu, po odkryciu prześcieradeł? Przez gardło mi nie przejdzie żeby opowiedzieć to, co tam zobaczyłem.

Formalnie – bez zarzutu: sprawne zdjęcia z fenomenalną grą światłem, szybki, teledyskowy montaż, trafiony pomysł z prezentacją zdarzeń poprzez reminiscencje. Plus fantastyczna muzyka. Historia jednak, chociaż skonstruowana z dobrze prowadzoną narracją i dosadną puentą, jest nie do opowiedzenia.

Jeśli, dla przyzwoitości, miałbym dwa słowa napisać o tym wynaturzeniu, to jedynie tyle, że jest to historia emerytowanego gwiazdora porno, który dostaje ofertę zagrania w „artystycznym filmie, gdzie ma robić to, co zwykle przed kamerą robił”. Gwiazdor dostaje kolosalne pieniądze za kontrakt i tylko jest jedno ale – scenariusz zna cała ekipa poza nim samym. Oczywiście kontrakt zostaje zawarty. Jeśli chodzi o to co dalej, to mój język nie jest w stanie wyartykułować potworności, które się dzieją na ekranie.

Gdyby jednak odłożyć na bok emocje – co jest cholernie trudne, łatwiej jest zdecydowanie wpaść w histerię podczas seansu – można by się przyczepić do warstwy formalnej filmu. Obiekcje mam dwie (pomijając tą, ze film nigdy nie powinien powstać). O ile – z potwornym trudem – jestem w stanie zaakceptować chęć szokowania i wyznaczania granicy – a mam nadzieję, że nieprzekraczalnej, bo dalej jest już tylko więzienie – perwersji, jaką można pokazać na ekranie; to próby pseudoartystycznego i pseudosocjologicznego, jakimi raczy widza Vukmir są dla mnie nieporozumieniem. Pornografia jako sztuka mimetyczna? Te słowa zupełnie się wykluczają. Nie wiem, jakie są teraz nurty w filmach porno, ale nie wydaje mi się żeby chodziło o czystą rejestrację dokumentalną nacechowaną artystycznie (?) – bo tak rozumiem tą ideę. „Pornografia to nie iluzja”, mówi Vukmir – jak to, kurde, nie? To jest tylko iluzja! Zresztą dla mnie pornografią nie jest też wyrywanie zębów obcęgami.

Kolejna kwestia chwiejna to próba naszkicowania socjologicznego kontekstu powojennych Bałkanów. Dreszcze mnie przechodzą o tej myśli, ale wierzę, że takie rzeczy jak w „Srpskim filmie” mogły zdarzać się podczas wojny jugosłowiańskiej – i jest to myśl, która co najmniej o połowę potęguje grozę tego filmy. Niestety (dla reżysera) ale próba przekazania światu idei powojennego wypaczenia „czuciowości” Serbów przez histerycznego psychiatrę, który prezentuje okrucieństwa tak abstrakcyjne, że aż nierzeczywiste i zwyczajnie przez widza nieprzyswajalne – ociera się o groteskę a sam widz zaczyna podejrzewać, że ogląda potworną kreskówkę, która nijak zakorzenienia w rzeczywistości nie ma.

Wyrzucam z siebie wszystko co mi przychodzi na myśl, nie chcę, żeby mi w głowie zostało cokolwiek z wczorajszego seansu. Ten opis nie ma na celu zachęcenia do obejrzenia, to jest moja terapia i reakcja obronna na wczorajszy seans. Nigdy więcej.

Written by wroobel

Wrzesień 27, 2010 at 9:00 am

Napisane w Prawie krytycznie

A w Bośni wojna. Jej droga.

leave a comment »

Ekspertem od kina kobiecego na pewno nie jestem. Co może jednak powiedzieć zadeklarowany miłośnik The Expendables oglądający najbardziej subtelny i kobiecy film w tym roku? Gromko krzyknie: WARTO!

Jej droga jest opowieścią o kobiecie. Luna jest piękna (ach!), młoda, kocha Amara, Amar kocha ją. Kochają też imprezy i wspólne wypady za miasto. Brakuje dziecka w związku, ale starają się. Pracują w lotnictwie: Luna lata jako stewardessa, Amar jest kontrolerem wieży lotów. Chciał być pilotem. Niestety, Amar pije. I traci pracę. Aby ratować siebie i związek podejmuje się pracy informatyka w obozie wahabitów. Pracę załatwił mu Bahrija, przyjaciel z oddziału jeszcze z czasów wojny. Równy gość, chociaż żona wygląda jak ninja (cytat z filmu). Teraz Bahrija jest wysoko postawionym wahabitą, wyznawcą Proroka. Amar jedzie i wraca odmieniony. Zaczyna modlić się co rano i odmawia seksu przed ślubem. Luna z najpierw z niedowierzaniem a potem z desperacją próbuje zrozumieć pobudki ukochanego i spróbować dostosować swoją rolę w środowisku tak nieprzyjaznym kobietom. Co będzie dalej? Dalej jest już tylko jej droga. Do zrozumienia, do szczęścia, do spokoju. Jej.

Jedną z najważniejszych cech komiksu jako historii obrazkowej jest takie dobranie scen przedstawionych na panelach, aby pomiędzy nimi pozostawić spore pole niedopowiedzenia. Historia, która „toczy się” pomiędzy panelami jest równie ciekawa i ważna, jak to, co zostaje zaprezentowane czytelnikowi. Podobnie jest w „Jej drodze”, która, chociaż do komiksu nijak nie przystaje, to sposób opowiadania historii jest zbudowany na podobnym koncepcie. Spokojny, senny prawie montaż ilustruje nam połączone w jedną całość miniopowiastki, z których każda jest istotna dla narracji i każda skupia się na rozwoju fabuły. Przejścia od przyczyny do skutku dzieją się w tle, ale widz nie ma problemu z podążaniem za historią. Odbiór filmu ułatwia też fakt, że kamera przez zdecydowaną większość filmu jest obecna przy głównej bohaterce, śledząc jej życie, fascynacje i problemy.

Tutaj ważna uwaga dla wszystkich pań, które chciałyby film zobaczyć, a nie wiedzą jak nakłonić do wyjścia partnera: Zrinka Cvitešić to jedna z najpiękniejszych i najbardziej wdzięcznych aktorek w kinie europejskim. Jest też osobą silną i niezależną, kocha Amara, ale jest samodzielna, potrafi podejmować trudne decyzje i jasno widzi swoje miejsce w przyszłości. Z tych wszystkich powodów gwarantuję, że panowie nie oderwą oczu od ekranu. W ogóle nie mogę się nazachwycać stroną wizualną „Jej drogi”. Kamera wręcz manifestuje sympatię do Luny, wychwytuje codzienne, niepozbawione humoru, rozterki i, chociaż film traktuje o wojnie, kadry są płynne i spokojne.

Tak, film traktuje o wojnie. A nawet o kilku różnych. Punktem wyjścia dla całej sytuacji jest Wielka Wojna sprzed piętnastu lat: to wtedy Amar poznaje Bahriję, wtedy Luna traci rodziców i jej rodzina zostaje wysiedlona. Obecnie Luna i jej babcia są przepełnione żalem i tęsknotą za starym porządkiem – ale nie mają odwagi odwiedzić swojego domu. Gdy jednak bohaterka w końcu się na to odważy, dzieje się to w momencie dla niej przełomowym i staje się swego rodzaju oczyszczeniem. Kolejna wojna to starcie kultury Zachodu z ortodoksyjnym islamem; tym bardziej dramatyczna, że toczy się między dwójką zakochanych w sobie młodych ludzi i staje na przeszkodzie ich wspólnego trwania. Wreszcie ostatnią wojnę toczy sama Luna o zachowanie starego porządku, który, chociaż zburzony przez utratę pracy przez Amara i problemy z zajściem w ciążę, pozwalał rokować nadzieję na przyszłe wspólne życie zakochanych.

Bardzo dwuznacznie została tu poruszona kwestia samych wahabitów. Tak, jest to patriarchat – i tak, idealna żona to taka, która naśladuje swojego męża we wszystkim. A jednak trudno oskarżyć ten radykalny odłam islamu o śmieszność czy nawet o wrogie zamiary. Wahabici to ludzie, którzy, zmęczeni wojną i niesprawiedliwością bośniackiej historii, odnajdują w religii odpowiedzi na swoje problemy. W pewnym momencie Luna oskarża Amara, nie bez słuszności zresztą, o bezczelność – ale mi bardziej zapadł w pamięć moment odwiedzin mężczyzny w dyskotece, kiedy chce zabrać bohaterkę do domu. Sytuacja kończy się fiaskiem ale nie sposób odmówić odwagi Amarowi, który wchodzi do „siedliska grzechu” z zamiarem ochrony kobiety, którą kocha. Bo ją kocha – i to akurat nie zmienia się w historii w ogóle.

Jedyne co można skrytykować w zamiarach reżyserki to, zapewne nieświadome, otarcie się o śmieszność, kiedy Amar – imprezowicz i alkoholik przechodzi duchową przemianę w obozie wahabitów, po czym wraca do środowiska przyjaciół, w którym jego pobudki i zachowanie okazują się zbyt dziwaczne i niezrozumiałe, żeby można było chociaż w minimalnym stopniu z tą przemianą się zidentyfikować. Zbyt mocno przypominało to konwencję „przemiany bohatera” rodem z amerykańskich komedii, gdzie nieśmiałe okularnice po drastycznej metamorfozie zaliczają koronę balu i kapitana szkolnej drużyny. Nawet jednak mimo tego – moim zdaniem – zgrzytu, islam jest tu potraktowany z bezpieczną rezerwą, a kamera skupia się na traumach bohaterów, nie próbując rozliczać ich wyborów duchowych.

Piękna historia, piękny film. Mimo czasów współczesnych, przesycona historią, co nie powinno dziwić tych, którzy znają wcześniejszy film Jasmili Žbanić, Grbavicę. Historia jest jednak kreślona delikatnie, więcej się o niej dowiadujemy z zachowań bohaterów niż z fabularnego rysowania wojennego kontekstu. Wojna w Bośni wciąż tkwi w narodzie i na różne sposoby definiuje jego poczynania. Czy można sobie z wojenną traumą poradzić? Na pewno tak, trzeba tylko wybrać własną drogę.

Written by wroobel

Wrzesień 14, 2010 at 7:58 am