Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Sierpień 2010

Descent 2. Proces zejścia. Logiki.

leave a comment »

Drodzy czytacze

Post o tym filmie powinien wyglądać tak:

………………
………………
………………
………………
………………
………………
kurwa

********************************************************************************

… ale już się zdążyłem uzewnętrznić przed samym sobą (czyli uzewnętrznić wewnętrznie), więc już mogę to przenieść na papier. Czy tam monitor. No to szybko:

Szczerze mówiąc to ja zwyczajnie nie wiem, kto pozwala na takie filmy :/ naprawdę, nie oczekiwałem wiele; ba! – oczekiwałem po prostu taniego sequela filmu grozy ale nie spodziewałem się, że scenarzyści będą AŻ TAK gwałcić logikę na każdym kroku, spychając ją poniżej poziomu Rowu Mariańskiego.

Wiem: gatunek ma straszyć a nie zachwycać, ale Descent 2 to tylko śmiertelnie poważny i przerażająco nadęty kicz. Dwa dni, które w scenariuszu dzielą akcję jedynki i dwójki to skok ewolucyjny zarówno dla gollumów (które już wyewoluowały pod względem wyglądu) jak i dla bohaterek przetrwałych z pierwszej części – przecież, kurde, one po dwóch dniach biegania w ciemnościach zaadaptowały się do warunków jaskiniowych nie gorzej niż same stwory! W ogóle początek filmu pt „uratowała się z jaskini ale wyciągamy ją ze szpitala i wrzucamy z powrotem – aha, i nikomu nic nie mówimy” to zwykła żenada, która jest bezustannie powielana w trakcie fabuły, przez kolejne, nieudolne klisze pierwszej części i odwołania do najbardziej taniego i wyświechtanego straszenia młodych dziuń w kinach: „…zaraz na pewno coś wyskoczy” (akurat nie miałem problemu, żeby przewidzieć WSZYSTKIE takie wyskoczenia). Do tego dochodzi jeszcze radosny element obrzydzania rodem z filmów Sama Raimiego: im więcej posoki (ludzkiej, trupiej, potworowej) na twarz przerażonym dziouchom tym lepiej. Ludzie, scenarzyści, kaman!

Fabuła – koszmar; aktorzy i postacie – litości; zakończenie – tragedia. Co gorsza, zbyt mocno nasuwała mi się na myśl inspiracja – za przeproszeniem – twórcy Nocnym pociągiem z mięsem – co już samo w sobie jest obrazą dla filmu Kitamury; i same stwory i epizod „Ludzkiego Służenia Największej Tajemnicy Dziewczej I Mrocznej Puszczy Kurważeszjejmać” to elementy żywcem zdarte z Kitamury. Za to też powinno się palić na stosie. Lub tam żywcem zdzierać.

Po wyjściu z Freddyego Kruegera myślałem, że gorzej w te wakacje być nie może. Oj, jednak może. Omijać najszerszym możliwym łukiem!

Written by wroobel

Sierpień 18, 2010 at 10:38 pm

Napisane w Prawie krytycznie

Egzaltacji mówimy: „niekoniecznie”. Próba ironii.

leave a comment »

Wciąż mam przed oczami wielką, czarną dziurę.

Wygląda jak studnia: jest głęboka, bezdenna, studnia, w której nigdy nie odbijały się gwiazdy, jest chroma. Jeśli nie ma dna, czy skacząc tam spadałbym jak Alicja, lecąc godziny, dni, może lata? Czeluść otworu hipnotyzuje; jak zaklęty zbliżam się do barier, całe moje ciało, cała moja jaźń krzyczy: „Strzeż się!”, a ja? Ja… ja nie mogę inaczej. Muszę iść, Nieznane mnie wzywa, jestem już na krawędzi, spoglądam w otchłań…

…a ona spogląda we mnie…

Próbuję przeniknąć wzrokiem tę straszliwą czerń, która zazdrośnie strzeże tajemnicy studni. Dopływa do mnie pieśń tęsknoty, z mroku wyłaniają się dwie smukłe, białe dłonie, przepiękne dłonie. Zachęcają mnie, przywołują, te dłonie, tak dziwnie znajome, powracające z mroków pamięci, one chcą dać mi rozkosz, każą wskoczyć do studni. Muszę się ugiąć, rozdygotany przekraczam barierę, nie jest ważne nawet to, że te piękne dłonie zakończone są przerażającymi, zniekształconymi szponami…

Spadam już tak długi czas. Sekundy zmieniają się w wieki, wieki w eony; nie wiem już czy spadam tydzień, stulecie, czy może milenium? Czerń jest permanentna; czuję się jakbym lewitował w próżni. Nie ma tu przeszłości, nie ma czasu przyszłego, nie istnieją terminy „tu” i „tam”. Jest „teraz”, ciężka, niemalże namacalna chwila, która porwała mnie i nie zamierza wypuścić. Jestem śmiertelnie przerażony, odczuwam przeogromną niemoc. Zamykam oczy, staram się pomyśleć o czymś pięknym, wzruszającym. Próbuję przywołać wspomnienie mojej ukochanej istoty; tej skończonej piękności; jej słodkich ust, łabędziej szyi, przecudnych, onyksowych oczu. Jej obraz spada na mój umysł niczym błogosławiona kurtyna snu, uśmiecham się, ale… w tym samym momencie zaczynam krzyczeć, wyć z przerażenia, bezsilnie przyglądając się jak ta piękna twarz, tak bliska sercu memu, przeobraża się w ohydną trupią czaszkę wykrzywioną w szyderczym uśmiechu. Tracę przytomność.

Powróciwszy do świadomości, z rozpaczą stwierdzam, że moje położenie nie uległo zmianie. Ile czasu mogłem być nieprzytomny – nie wiem. Czas płynie tu inaczej lub nie płynie wcale – na ciele nie zestarzałem się ani o minutę, żadnej zmarszczki, siwego włosa. Jeśli jednak chodzi o moją duszę… ta przekształca się błyskawicznie, już teraz jest sędziwa jak Matuzalem, nuży mnie sekunda, a – Boże mój… – będzie stokroć gorzej. Moja niemoc otula mnie szarą rozpaczą, zaczynam odchodzić od zmysłów. Ileż już razy zdążyłem przeklinać moment, w którym posłuchałem zewu studni…

Czym była owa studnia? Drogą do Piekła? Do Raju? Spadałem w otchłań zapomnienia czy wzbijałem się pod nimb chwały? Już teraz wiem, przypomniałem sobie, gdzie wcześniej widziałem te piękne, białe dłonie. Przyzywała mnie Lilith, pierwsza żona Adama, matka wszystkich demonów. Czyżbym więc może wracał do czasów rządzonych przez nienazwane Zło? Nie. Nic z tych rzeczy. Olśnienie, ten moment prawdziwej Iluminacji, opada na mnie niczym zwiędła róża na marmurowy grób. Ta przeklęta studnia, ten otwór mroczniejszy niż moja żałosna dusza to tylko lufa wielkiej dubeltówki, która chwilę wcześniej, słysząc ten bełkot, rozerwała mi głowę.

Written by wroobel

Sierpień 11, 2010 at 11:29 am

Napisane w Prawie poetycko

Matka Teresa od kotów. Studium rozkładu.

leave a comment »

Co prawda, jeszcze premiery nie było, ale w Kazimierzu puścili, zachwyciło mnie, więc piszę. Sobie.

Historia jest zdecydowanie wciągająca i dobrze opowiedziana. Prezentacja wydarzeń w odwrotnej chronologii – od skutku do przyczyny jest tu w pełni uzasadniona i buduje nastrój całego filmu. Na pewno nie jest to aż tak nachalne jak w „Nieodwracalne” Gaspara Noe.

Dwóch młodych chłopców morduje swoją matkę. Nie, to nie spoiler a jedynie interpretacja rzeczywistej historii jaka miała miejsce kilka lat temu w naszym pięknym kraju. Reżyser pokazuje nam los tej rodziny, cofając się od momentu schwytania zabójców do wydarzeń wcześniejszych o rok. Całość jest ujęta w klamrę kompozycyjną.

Co ważne, reżyser w żaden sposób nie decyduje o winie synów. Nie szuka też jednoznacznej przyczyny zbrodni; raczej sugeruje, że tragedia jest wypadkową wielu, pozornie niezbyt istotnych faktów w życiu Teresy, jej męża i synów. Powrót z wojny, utrata pieniędzy i pracy; brak czasu dla dzieci, brak miłości. Uderzyło mnie to, że chociaż w filmie co chwila ktoś mówi o swoich problemach – niemałych zresztą – to zawsze rozmówca zbywa to albo milczeniem albo zmianą tematu. Tam nikt nie wierzy w pomoc – ani młodzi ani starzy. Trochę przypominało mi to „Dług” Krauzego, w którym wręcz na oczach widza gęstnieje atmosfera strachu i prześladowania, prowadząc tym samym to tragedii. W „Matce Teresie od kotów” jest podobnie – chociaż zbrodnia jest popełniona poza ekranem a widz wkracza na pole akcji już w momencie aresztowania Artura i Marcina. Tutaj tragedia się wydarza, a potem widzimy kontekst. Nikt nie jest winny – a jednocześnie winni są wszyscy. Chociaż kino społecznej depresji ma w Polsce tradycję dosyć bogatą – film Pawła Sali na pewno jest obrazem obok którego zwyczajnie żal jest przejść bez zadumy.

„Matka Teresa od kotów” to film oparty na prawdziwych wydarzeniach – ale reżyser nawet nie próbuje dokumentalizować przekazu; mało tego, siłą filmu jest użycie środków wyrazu znamiennych dla obrazów fabularnych. Rozpoczynając od montażu „odwróconego”, przez sugestywną grę światłem, zimnym i nieprzyjaznym bohaterom – a które diametralnie zmienia się w sekwencjach początku opowieści/końca formalnego „Matki Teresy od kotów” – a kończąc na niesamowitej mistyce, którą naładowany jest cały film. Są to kolejne pytania bez odpowiedzi; tym razem jednak stawiają je widzowie a nie bohaterowie. Czy Artur czyta w myślach? Czy ojciec staje się złym demonem? Czy rzeczywiście srebrny pierścień chroni przed negatywną energią? Nic z tego nie zostaje wyjaśnione i chociaż, z jednej strony, samo przesłanie i kontekst obrazu może sugerować, że mamy do czynienia nie z mistyką a z mistyfikacją (Artur nie jest w stanie stawić czoła rzeczywistości i ucieka w świat fantazji); to mimo wszystko reżyser zostawia widzom wystarczająco szerokie pole do własnej interpretacji.

O obsadzie napiszę tyle: nagrody w Karlowych Varach były na pewno zasłużone, a Mateusz Kościukiewicz, jeśli tylko nie zmarnuje się w tańczeniu z gwiazdami i wszelakich wariacjach na temat scenariuszy Ilony Łepkowskiej, ma szanse na wizerunek nowego młodego gniewnego polskiego kina. O ile został jeszcze ktoś, od kogo taką etykietę można przejąć.

Written by wroobel

Sierpień 9, 2010 at 2:53 pm