Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Lipiec 2010

Remake Koszmaru. Koszmar remake’u. Freddy Krueger po liftingu.

leave a comment »

Nie ma nic gorszego w kinie niż prequel. Mój stosunek do opowiadania historii, których zakończenie już znam, jest równie entuzjastyczny co do kopania rowów melioracyjnych podczas plagi komarów. Ani to wartości fabularnej ani artystycznej nie ma, dopisuje się niedopowiedziane, robi z widza debila i kasuje się pieniążki za ujeżdżanie legendy. Bleh.

Niewiele lepsza, a dobę po obejrzenia pewnego trailera z Comic Con oraz pewnej wizycie w kinie, wręcz równie odstręczająca wydaje mi się idea remake’a. Przypadek trailera wzbudza we mnie bolesną refleksję, że Amerykanie nie potrafią:

a) obejrzeć filmu z napisami
b) wysłuchać filmu w języku innym niż amerykański

.. przez co jakakolwiek wartość artystyczna filmów o świeżym podejściu do gatunku – głównie horroru, wystarczy wspomnieć tu zależności pomiędzy właśnie Låt den rätte komma in | Let me in; [Rec] | Quarantine czy całym wachlarzu zamerykanizowanych dziewczynek z ciemnym lokiem i mrocznym okiem – taka wartość kompletnie się rozmywa i gubi jakikolwiek powiew świeżości. Amerykanie są mistrzami w konwertowaniu kameralnych i stylowych opowieści na popcornowe blockbustery, które straszą jednako od dwudziestu lat a rozsądku i subtelności w nich tyle, co w skradających się nosorożcach.

Przypadek pewnej wizyty w kinie to próba powrótu do korzeni kina grozy, oczywiście moich korzeni, czyli wyrastających z klasyków horroru lat 80tych. Po kupnie kolekcji Hellraisera przyszedł czas na zwiedzanie ulicy Wiązów. Pech chciał, że zacząłem od obecnego właśnie w kinach remake’u – pomyślałem w końcu: obowiązek wobec Freddy’ego. Szkoda, że mojego ukochanego bohatera o wyglądzie pizzy z salami w pasiastym swetrze w rzeczywistości w nowym Koszmarze z Ulicy Wiązów nie ma.

Jako, że każdy film ma dobre strony to spróbujmy zrobić checklistę. Najpierw plusy dodatnie:

1. Postać bohatera rzeczywiście przypomina Freddy’ego

2. Amerykańskie nastolatki nie są AŻ TAK drażniące jak w innych slasherach

3. Amerykańskie nastolatki giną od rękawicy z ostrzami. W remake’u teoretycznie nie powinno to dziwić, ale znając zamiłowanie amerykańskich scenarzystów do plebiscytów na najohydniejszą masakrę dostępnym asortymentem – to naprawdę odetchnąłem z ulgą

4. Piosenka

Liczba ujemnych jest podobna ilościowo; niestety, jakościowo jest koszmarnie gorzej:

1. Nastolatki amerykańskie to niestety wciąż banda debili, którzy wolą się skupić na tekstach „masz omamy” czy „to przecież tylko sen” niż przypomnieć sobie, że właśnie trójka ich przyjaciół zginęła w niewyjaśniony racjonalnie sposób…

2. …ale i tak o wiele gorszy poziom intelektualny prezentują ich rodzice. Spisek milczenia i próby wyparcia wspomnień u własnych dzieci idą w parze z kompletnie nieracjonalnym odrzuceniem faktów. I to w sposób wołający o pomstę do samego Freddy’ego Kruegera. Na przestrzeni doby ginie w okrutny sposób trójka dzieciaków, pociętych prawie na drobne kawałeczki, a nobliwi ojcowie i matki pozostałych patrzą się na swoje latorośle jak na idiotów i szaleńców, powtarzając, że wszystko będzie dobrze i w ogóle, musicie się wyspać a tak w ogóle to my wychodzimy na noc i siedźcie w tych swoich pokoikach i czekajcie na kolorowe sny. Kurde, czy jest na sali scenarzysta?!

3. Jakie czasy takie problemy (te nagłaśniane). Freddy to już nie jest morderca. Obecnie awansował na pedofila.

4. A tak w ogóle: Freeeddy! Gdzie jesteś!? Dlaczego zamiast psychopatycznego maszkarona, który, jednak miał swoją charyzmę i, na swój sposób, nie dało się go nie lubić – dlaczego zamiast niego dostaliśmy wizualne skrzyżowanie egipskiej mumii w stanie odczuwalnego rozkładu z potworkami rodem z jaskiniowego Zejścia?! Jackie Earle Haley, chociaż aktor z charyzmą Napoleona i fizjonomią mordercy, nawet nie zbliża się do legendy stworzonej przez Robeta Englunda. Jego kreacja jest bezbarwna na tle obecnych kinowych psychopatów i nawet czerwonoczarny sweterek nie pomaga w budowaniu wizerunku psychopatycznego mordercy pedofila. I nie jest to wina Haleya – po prostu wyciąganie potwora z worka snów było zabiegiem zbyt ryzykownym żeby mógł się powieść.

5. Świat koszmaru jest bezbarwny i nieciekawy. Wszystko się skupia na opuszczonym przedszkolu i spalonej fabryce a potem na ciachaniu rękawicą. Z tego co pamiętam, to Freddy prezentował nieco więcej fantazji w straszeniu i zabijaniu nastolatków . Z kolei jeśli chodzi o logikę, to scena w której bohaterka ucieka w koszmarze przed lekcją mistrzowskiego tworzenia sznytów i zamyka się w szafie przyprawiła mnie nieomal o zawał serca. Ze śmiechu.

6. Każdy, kto mi powie, że spodziewał się innego zakończenia, niech się zgłosi po upominek.

Konstatacja smutna. Pieniędzy na kino, po namyśle (spóźnionym!), szkoda.

Aha, podobno recenzja filmu wymaga kilka zdań o fabule. Molestowanie dzieci. Mściwi rodzice. Zemsta zza grobu. Trup się ściele. Jedna mądra. Otwarty finał. Fabuła? Też mi fabuła.

Reklamy

Written by wroobel

Lipiec 27, 2010 at 3:32 pm

Napisane w Prawie krytycznie

Legenda wraca a pianino jej akompaniuje. Predators.

leave a comment »

Władca Pierścieni to jedna z tych rzeczy
gdy lubisz to lubisz
gdy nie – to złorzeczysz

Wierszyk, który prawie 50 lat temu tak ubawił Tolkiena, mi nasunął się na myśli jak tylko usłyszałem pierwsze potwierdzone informacje na temat kręcenia „Predators” przez Nimróda Antala. Któż on, ten Antal?, zapyta niejeden – co o tyle nie dziwi, że dla większości widzów, film jest autorstwa Roberta Rodrigueza (który był jednym z producentów filmu). Antal, chociaż mało znany, ma jednak na koncie kilka filmów, m. in. fantastycznych „Kontrolerów” czy mniej udany (ale i tak zacny) film „Armored„. Co taka postać mogła zrobić z legendarnym Obcym? Okazuje się, że, chociaż niewiele, to z klasą.

Grupa opancerzonych żołnierzy i morderców spada z nieba wprost do dżungli. Nie pamiętają jak, nie znają się wzajemnie, wiedzą tylko, że obudzili się w locie, przypięci do automatycznych spadochronów. Są twardzi, ich najbliższa przeszłość jest kompletnym zanegowaniem przykazania „miłuj bliźniego swego”; są uzbrojeni po zęby – i, najwyraźniej, wybrani według określonego klucza. Najemnik, snajper z Sił Obrony Izraela, kartelowy bojówkarz, żołnierz szwadronów śmierci, Specnaz, Yakuza, masowy morderca z celi śmierci – i lekarz. Zebrani w drużynę, w każdej z ziemskich misji, stworzyliby prawdziwe i bezlitosne komando, oszałamiające precyzją i skutecznością. Szybko się jednak okazuje, że misja jest zupełnie nieziemska, a przeciwnik przewyższa naszą dziarską gromadkę we wszystkim, co sobą prezentują. Rozpoczyna się polowanie.

Cóż rzec? Fabuła nie poraża, ale nie jest to umniejszanie wartości filmu; po prostu reżyser odwołał się do znanej i bardzo lubianej (choćby tylko przeze mnie) konwencji „dziesięciorga Murzyniątek” w dżungli. W sposób elegancki i zróżnicowany, co chwila któryś z ziemskich madafakerów pada bez życia, karuzela toczy się dalej, a plan obrony okazuje się tak nierealny, że aż ciekawy.

To jest w ogóle jeden z największych atutów filmu: potrafi zaciekawić. Wiemy, czym jest Predator, po mniej więcej 4 minutach i tak wiemy kto przeżyje, ale dynamicznie poprowadzona narracja i wzbogacenie wątku głównego smaczkami fabularnymi (Lawrence Fishburn, mroczna połowa doktora) sprawia, że każdej kolejnej minuty oczekujemy z prawdziwą niecierpliwością.

Kolejna kwestia na wielki plus to oczywiście klimat. W końcu Predator wrócił do dżungli! Po całkiem dobrej dwójce i dwóch versusach z Obcymi, o których nie warto wspominać, historia odnalazła właściwą ścieżkę. Dżungla jest tajemnicza i groźna, jej flora i fauna potrafi być równie niebezpieczna co tytułowi drapieżnicy, którzy z pełną swobodą pierwotnych społeczeństw myśliwskich wykorzystują atuty lasu. Razić mogą trochę przekombinowane psy łowieckie i istoty świata drapieżców; razi też metamorfoza Predatora – wodza, którego rysy stały się bardziej owadzie – a co z kolei balansuje niebezpiecznie blisko skojarzenia ze zmutowanymi Predatorami z Alien vs Predator 2, ale nie są to sytuacje, kiedy widz odwraca oczy od ekranu, krzywiąc się na głupotę twórców.

Dwa słowa o obsadzie: z jednej strony bardzo podobał mi się zabieg, w którym postacie o znanych fizjonomiach (Fishburn, Trejo) pojawiały się na ekranie w rolach epizodycznych, z drugiej jednak gryzło mnie zdominowanie filmu przez duet Brody – Braga. Oboje jednak, trzeba przyznać, poradzili sobie świetnie: zarówno piękna Alicja jak pianista Brody.

Z Brodym to w ogóle miałem zabawę: wchodząc do kina obiecałem sobie, że nie będę parskał śmiechem na widok żylastego przywódcy najemników, który nosił bagnet niewiele mniejszy od siebie samego. Okazało się, że rola dla Brody’ego nie została napisana (i całe szczęście!) jako kontynuacja postaci Dutcha z jedynki – moim skromnym, rola dla głównego bohatera była inspirowana Riddickiem z Pitch Black. No i strzał był w dziesiątkę. Postać Royce’a jest kawałem cynicznego drania, który stawia tylko na przetrwanie. Co prawda, pretensjonalne wydają się być teksty przez postać wypowiadane, tym bardziej, że z charakterystycznym szeptem macho, od którego drżała cała dżungla, ale w przypadku mojego nastawienia na komedię, w której w ostatniej scenie Predator wespół z Brodym siądą przy fortepianie i tak rozwiązanie okazało się trafne.

Reasumując: warto! Nie jest to tak dobra historia jak stary, dobry komiks Aliens vs Predator, ale całkiem niewiele brakuje Antalowi do pogoni za filmowym pierwowzorem. Myślę, że albo film pokochacie, albo wzruszycie ramionami, mówiąc: „seria skończyła się na jedynce”. Według mnie jednak, jako że zakończenie filmu jest zdecydowanie otwarte, pozostaje liczyć na to, iż saga o Predatorach wróciła do korzeni a tytułowi bohaterowie zmierzą się z ziemskim plemieniem jeszcze niejeden raz.

Written by wroobel

Lipiec 22, 2010 at 1:57 pm

Napisane w Prawie krytycznie