Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Maj 2010

Ridleyu, gdzie schowałeś bohatera? „Robin Hood”.

2 Komentarze

Nie jestem marudą. Wiem, że twórcy wiedzą co robią, zwłaszcza ci doświadczeni. Może nie: wiem, raczej: jestem przekonany. Najwyraźniej jednak przekonanie było złe.

Ja wiem, że każdemu zdarza się popełniać błędy, ale mam wrażenie, że pół filmu było robione podczas nieobecności Scotta na planie. Mistrz mistrzem, ale prowadzenie narracji było kompletnie nieudolne i szkolno-naiwnie. Scott próbował połączyć konwencję „wesołej gromadki” Robin Hooda z krwawą i urealnioną wersją mitu o sherwoodzkim bohaterze i na dodatek wrzucić trochę historyczno-batalistycznego fresku. W rezultacie konstrukcja narracyjna chwieje się jak pijak po sześciu piwach i nie za bardzo ma jak złapać równowagę. Próba poszerzenia (czy raczej kompletnego przeniesienia) kontekstu walki Robina z niesprawiedliwością na ogólnonarodowy zryw przeciwko Francuzom kompletnie rozmywa urok opowieści o bandytach w Sherwood, przez co dosyć szybko widz zaczyna się zastanawiać: „no wszystko ładnie, ale dlaczego to się Robin Hood nazywa? równie dobrze może to być Król Artur”.

Dodatkowo jednoczesne poruszanie się w trzech różnych konwencjach źle wpływa na logikę filmu. O ile przy wersji w pełni „wesołej” nie miałbym zastrzeżeń do bzdurnej historii z udawaniem Loxleya czy przypadkowości odkrycia swojej przeszłości przez Robina. Lady Marion z dziećmi na kucykach może by i mi przeszła w bitewnej epopei, a niezrównoważenia Janowi pogratulować może sam Joker. Pomieszane z poplątanym, a polanie tego sosem historii, z Wielką Kartą Swobód (wymyśloną zresztą przez kamieniarza) na czele czyni tą potrawę bardzo niestrawną.

Samej historii czepiać się nie mam ochoty – każdy ma swojego własnego Robin Hooda, a Scott dodatkowo miał pieniądze żeby swojego zrealizować. Drażni naiwność fabuły i wspomniane przeze mnie żonglowanie zbyt dużą ilością wątków (zgadzam się w sprawie „dzikich dzieci”, wątek zmarnowany). Drażni też, pomijając kwestię otwartości, zakończenie, które ni przypiął ni przyłatał nie współgra z całością filmu.

Moim największym zarzutem, jeszcze przed obejrzeniem, jaki stawiałem scottowskiemu Robin Hoodowi był wiek głównych bohaterów: zdawali mi się zwyczajnie za starzy. O dziwo, zupełnie mi to jednak nie przeszkadzało podczas samego filmu. Robin pięknie wydoroślał, w ogóle aktorstwo w filmie jest na wysokim poziomie, ale nie do końca wyszło mu to na zdrowie.

Na koniec: jestem prawie przekonany, że ten film obejrzę jeszcze wielokrotnie – bo rzeczywiście ma zadatki na tvnowskiego blockbustera. Chlubą jednak ani twórcy, ani tematu nie okryje – bo nie za bardzo ma czym. Ładnie się biją, szybko kochają, czasem krew, czasem śmiech, czasem słońce, czasem deszcz* – wszystko jakby jest, ale najwyraźniej zabrakło konsekwencji i precyzji w prowadzeniu całej produkcji. Niby każdemu się może zdarzyć – ale Scottowi? Szkoda.

* (obsianie pola zdobytym ziarnem i natychmiastowy deszcz po skończeniu pracy: helooouł, czy ja oglądam disneyowską bajkę?)

Reklamy

Written by wroobel

Maj 15, 2010 at 6:25 pm