Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Marzec 2010

„Alicja w Krainie Czarów” już nie mieszka. Tim też się przeprowadził.

2 komentarze

Dorotka w krainie Oz? Jak najbardziej. Opowieści z Narni? I to się zgadza. Niekończąca się opowieść? Też trochę. Alicja w Krainie Czarów? Hmm…

Miało być pstrokato, psychodelicznie i oryginalnie. W końcu nazwisko Burton zobowiązuje a i sama opowieść Lewisa Carolla od wielu lat wymyka się próbom zamknięcia w jakiejkolwiek konwencji. Do tego świetni aktorzy, pełne przepychu krajobrazy i technologia 3D. Czy mogło pójść coś nie tak?

Najwyraźniej tak i to całkiem sporo. Albo ja się czepiam albo Burtonowi zaszkodził mariaż z Disneyem. Zamiast gry z konwencją i przewrotnego pastiszu na tworzywie otrzymałem… no, ale po kolei.

Przede wszystkim Alicja to nie Alicja. Ani w warstwie fabularnej ani aktorskiej. Historia opowiadana przez Burtona rozpoczyna się 13 lat po wydarzeniach „udokumentowanych” przez Carrolla. Z materiału literackiego zostają nam imiona bohaterów i echa przebrzmiałych wydarzeń. Alicja ma prawie dwadzieścia lat i poznajemy ją w chwili, kiedy z ciekawego świata dziewczęcia ma stać się poważną żoną lorda. Oczywiście, dziewczyna – eufemistycznie – odmawia bo widzi królika. Z zegarkiem. No i she follows him down the rabbit hole, jak za starych dobrych czasów.

Wędrówka w dół jest ta sama, zmiana formatu bohaterki również, ale już sam świat w okół niej – nie. Alicja trafia do miejsca tłamszonego rządami Królowej Kier, która – jak dawniej – lubuje się w dekapitacji i straszy swoich poddanych legendarnym Dżabbersmokiem (wg naszych tłumaczy – o zgrozo! – Żaberzwłokiem). Królowa Kier martwi się ewentualnym powrotem Alicji, która, wedle przepowiedni, straszaka Królowej zgładzi i przywróci tron prawowitej władczyni – Białej Królowej, delikatnej jak mimoza i pacyfistycznej jak John Lennon. Mimo, że Alicja dosyć sceptycznie podchodzi do kwestii przepowiedni, a jeszcze bardziej do swojej poprzedniej wizyty w Krainie Czarów. Prezentuje postawę, którą w Narnii uosabiała Zuzanna Pevensie: whenever you’ve tried to get her (Susan) to come and talk about Narnia or do anything about Narnia, she says: ‚What wonderful memories you have! Fancy your still thinking about all those funny games we used to play when we were children.’ Zuzanna osiągnęła typowy „dorosły” sceptycyzm, tym bardziej, że she always was a jolly sight to keen on being grown-up. Alicja Burtona jest już jedną nogą w dorosłości, ale na plecach czuje wciąż reminiscencje zdarzeń sprzed dekady. Dlatego jeszcze może zaufać Białej Królowej i pomóc jej w odzyskaniu tronu. Oczywiście nie sama: cała gromadka znana z książek Carrolla pomoże jej odzyskać wiarę w Krainę Czarów i przygotować się do walki ze złą królową.

Banalnie brzmi? I taka, niestety, jest cała produkcja: przewidywalna, schematyczna i, w gruncie rzeczy, niestety nudna. Burton zaskoczył chyba tylko tym, że nie zaskoczył nikogo. Postacie, chociaż odgrywane odważnie i z humorem, są bohaterami pozbawionymi jakiejkolwiek wyrazistości, trwają na swoich posterunkach przez cały film, nawet nie próbując odważniejszych szarży czy zindywidualizowania swoich bohaterów. Alicja, która najpierw ma prezentować postawę wyzwoloną okazuje się być empirystką, do rozdrażnienia powtarzającą: „to tylko sen!” Johnny Depp jako Szalony Kapelusznik pożarł swój własny ogon, miotając naprzemian miny Jacka Sparrowa i Willy’ego Wanki. Jedynie Królowa Kier grana przez Helenę Bonham Carter świeci blaskiem prawdziwej gwiazdy. Trochę mało jak na tej rangi film.

Najbardziej jednak zasmuciła mnie konkluzja. Na końcu historii mamy klasyczny motyw powrotu. Taki, który aż się prosi o dwuznaczne rozwiązanie. Tymczasem Burton przepycha Alicję na właściwą stronę lustra z subtelnością ciosu łopaty i to po to, aby pokazać widzowi, że najważniejsze jest wziąć sprawy w swoje ręce, pokazać twardy charakter i dużo w życiu zarabiać. Burton, który zazwyczaj opowiada baśnie z głębi serca, pełne fantazji, eskapizmu i dziwacznych światów nie pasuje na orędownika miłości do dolara.

Trudno nie polecić Alicji w Krainie Czarów jako filmu smakowitego wizualnie. Lekcje z języka filmu u Burtona odrobione są starannie. Jeśli jednak kiedykolwiek zastanawialiście się nad stwierdzeniem „przerostu formy nad treścią”, to tutaj pozbędziecie się jakichkolwiek wątpliwości.

A jeśli chodzi o wspomniany mariaż, to aż się prosi, żeby zacytować klasyka: „Timie Burtonie i Disney’u! Nie idźcie tą drogą!” Szkoda widzów.

Written by wroobel

Marzec 14, 2010 at 10:04 pm