Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Grudzień 2009

Od gier komputerowych młodzież pije, pali i śmierdzi*. „Gamer”.

2 Komentarze

Och, wiem, że ten film jest niemiłosiernie płytki i bzdurny. I historia i wykonanie wołają o pomstę do nieba. Leży wszystko: od logiki świata przedstawionego, przez bezlitośnie oskalpowaną narrację do samej puenty wziętej, chociaż rozbrzmiewającej gdzieś daleko i dawno temu, w odległej Galaktyce, z Orwella, który zasłużył zdecydowanie na lepsze traktowanie. Pręży się Leonidas, pręży się Terry „Prezydent. Wrestler. Gwiazda Porno. W jednym.”** Crews (i to jak! aż się ekran trzęsie!) i pręży – czy raczej majta – się sam sławny Dexter, którego „gamerową” subtelność aktorską wypada porównać do subtelności ciosu łopatą. Ok, ok. Jest źle i głupio.

I co? I już? Zjechane i koniec? Nie, tak się nie robi. Fajnie napisać złe słowo o złym filmie, ale może pogimnastykować trochę umysł? Pomyślmy…

Ok. Wiemy, co było źle. Ale czy wszystko? No dobra, na ekranie może i wszystko. Ale znalazłem jedną, zakulisową myśl, którą zamierzam rozwinąć.

Od samego początku istnienia tego filmu słyszało się, że jest to film związany ze środowiskiem gier komputerowych. Po obejrzeniu: owszem. Wnioski nie są za wesołe – Strasznie Zły i Żałośnie Komiczny Geniusz – Samotnik (pewnie wychował się na football managerze) zmusza cały świat do grania w Counter Strike’a albo w Simsów. Tylko, że, proszę ja was, potencjalne możliwości obu gier rozbuchał ów SZiŻKG-S do granic perwersji. Seks, przemoc, rozpryskujące się mózgi – a za sterami „dziane nastolatki” albo „obleśne grubasy”. I tak, myly państwo, stereotypy graczy komputerowych utknęły w cementowych butach na wieki.

No bo wiadomo: co złego to gry, nic odkrywczego. Nastolatki strzelają do nastolatków? Nagrały się, gówniarze, w zabijanie to i na żywo popróbować chcą. Znowu: wiadomo. Oczywiście idąc tym tokiem rozumowania powinniśmy dojść do wniosku, że w Afganistanie i w Iraku nic innego nie robią tylko grają w strzelanki. Ci z mafii też się nagrali, gnoje. I z policji. I z wojska.. ależ nie, przepraszam – takie strzelanie jest usankcjonowane prawem. Czy innym dziwnym słowem. Gracz to nic innego jak faza przedwstępna mordercy i z tym liczyć się trzeba. Drżyjcie matki i groby kopcie swoim (przed)kryminalnym pociechom! Bo wiadomo, że zaprogramowane to tak, że jak zastrzeli, to później musi siebie. Inaczej zwykłym cziterem jest. Ale abstrahując.

To, że „Gamer” w ów nurt się wpisuje – cóż, chyba nikogo tym stwierdzeniem nie zaskoczyłem? Tylko co, jeśli napiszę, że „Gamer” pokazuje, że gracze komputerowi to nadzieja świata na niezatracenie się w swoim pędzie do debilizmu i perwersji**? ? Kamienie się posypały? Jeszcze nie? To ja lecę dalej.

Społeczeństwo „Gamera” to plastik. Korzystają z dobrodziejstw wirtualnej rzeczywistości, która wirtualna być przestaje. (tu gracz komputerowy po raz pierwszy myśli: wtf? przecież to bzdura!). Ci sami, którzy kiedyś nie mieli pojęcia jak ułożyć pasjansa, teraz obślinieni, macają ludzi „wgranych” w wirtualną rzeczywistość (tu kłania się gracz i jego drugie: co kutwa? ), osiągają na wpół wirtualne (chyba?) orgazmy i cieszą się jak Joker po gazie rozweselającym na samą myśl o perwersjach, jakie swoim „podwładnym” mogą zgotować. Poczucie władzy nieograniczonej, można zrobić wszystko – więc zaczyna się od podłości. Ludzka natura czy jak?

Tyle, że są ludzie, którzy podejdą do takiej potencjalnej przyszłości z niesmakiem. Gracze właśnie. Bo dla gracza nie liczy się poczucie władzy nieograniczonej, ale cel. Być najlepszym. Poprowadzić swoją postać lepiej niż inni. A gdzie na to miejsce w Sims(um) Perwers(um)? Nie znam gracza, którego celem byłoby stanie się „największym gwałcicielem w rozgrywce”. Oni – my – do tego nie dążą.

Rozwałka? No to już trudniej. W czasie, kiedy Modern Warfare Drugie bije na łeb na szyje wszelkie rekordy sprzedaży bez względu na platformę twierdzenie, że gracze nie lubią strzelać do siebie wzajemnie może być trudne do obronienia. Albo mogłoby gdyby – uwaga uwaga – gracze nie mieli trzeźwego rozdziału na to, co wirtualne a to, co prawdzie. A mają. I nie wychodzą po dwudziestu fragach na ulicę, żeby kolejne zdobywać w metrze czy innym tramwaju. Bo gracz – bez względu na różne bzdury ogłaszane wszem i wobec – to jednak rozsądna jednostka jest.

Wyobrażam sobie scenę przebudzenia graczy komputerowych w przyszłości zaproponowanej przez „Gamera”. Pełne niedowierzania pomruki „jak ci ludzie do tego dopuścili?”. Łapanie się za głowę – „jak to się stało, że ci nie-gracze tak się upodlili?” Wyjście z cienia, może bez trzymania się za ręce (wszak to „Gamer” a nie „Gaymer”) ale kubek w kubek jak tu. I próba zwrócenia tych oślinionych kretynów i pazernych szczeniaków w stronę świata. Tego, w którym naprawdę żyją ludzie.

Naciągane? Jasne, wszak to o „Gamerze”!

* to nie moje, to wilqa
** czyli jedna z ciekawszych postaci doskonałej odtrutki na „Gamera” – „Idiokracji” ręki (scenariopisarskiej) Ethana Cohena.
*** co ciekawe, „bandyci” są zazwyczaj nieletni ale już „perwersów” poniżej 20tki się nie spotyka. prawie jak w życiu tylko że zupełnie inaczej.

Reklamy

Written by wroobel

Grudzień 17, 2009 at 9:09 pm

Napisane w Prawie krytycznie

Skąd w ludziach tyle zła, że używają różowego koloru? Dygresja.

with one comment

Refleksja krąży w krwi mojej już od czasu dłuższego; urodziła się po obejrzeniu Powrotu do tajemniczego ogrodu Michaela Tuchnera a przypomniałem sobie o niej dzisiaj przy balkonowym papierosie i smętnych wizjach losu naszych córek w świecie Hannah Montana i High School Musical (chociaż, jak źródła poinformowane mówią, to drugie popada w powolne zapomnienie). Tak wiele się mówi o eskalacji przemocy w bajkach i baśniach, o nieodpowiednich treściach – czy to w sferze obyczajowości czy etyki. Każdy chyba zetknął się z krytyką „South Parku” czy „Włatców Móch”. Nie mam ochoty dołączać jako kolejny głos w tym sporze, wolę zdać się na inteligencję i zaangażowanie rodziców, którzy powinni zdawać sobie sprawę, że nie wszystko to, co animowane i nie wszystko to, w czym występują dzieci, szufladkuje się jako kategoria bez ograniczeń. Poza tym, ja zupełnie nie o tym.

Trzeba przyznać, że wygodnie jest robić tzw. „kino familijne” – bez względu na to, jaki chłam zostanie nam przedstawiony, zwyczajnie nie wypada go mieszać z błotem. Wszak to kino dla całej rodziny, najlepiej trawione w leniwy, niedzielny poranek – więc, prosimy, bez zbyt ambitnych treści. Landrynkowe wersje i tak już ugładzonych baśni braci Grimm; lekkostrawne klasyki Disney’a, niemożliwie różowa seria o przygodach Barbie czy przygody (phi!) głupkowatych nastolatków z Hannah Montana – tak prezentuje się „poprawne politycznie” kino dla młodego widza. Poprawne – bo nie niesie za sobą kontrowersyjnych treści, nie prowokuje, a problemy, o ile w ogóle się pojawiają w fabule, są rozwiązywane w bezrefleksyjny sposób.

Wytłumaczcie mi zatem: dlaczego taka forma mamienia młodego widza jest w pełni akceptowana społecznie? Dlaczego trywializowanie wydarzeń, niemiłosierne spłycanie narracji i prezentowanie ogranych postaw i archetypów otoczonych lukrową polewą jest takie dobre dla dziecka? Ja naprawdę z dużą tolerancją podszedłem do filmu Tuchnera, ale kilkunastoletni wychowanek sierocińca próbujący obalić tezy „Studium historii” Toynbee’go to pomysł wołający o pomstę do nieba. Sam sierociniec wygląda zresztą na ekskluzywny staroangielski hotel, ale „biedna sirotka” z Ameryki (której głównym chyba zadaniem w filmie było akcentowanie „popsutego przez Amerykanów” angielskiego – żałuję tylko, że nie rapowała) mieszkająca w „skromnym” pokoju wielkości przeciętnego M-2 od razu wykazuje nierealność opowiadanej historii i wzbudza uśmiech politowania na naszych wargach.

Pragnę zauważyć, że między bajkowością a nierealnością jest równie wielka różnica co pomiędzy pluszowym fotelem a krzesłem elektrycznym. Piramidalne bzdury, jakie serwuje nam reżyser w obrębie świata przedstawionego nijak mają się do magii tajemniczego ogrodu, która zanika z powodu opuszczenia miejsca. Jak długo jeszcze będzie pokutował pogląd, że dwa zajączki, lis i jelonek to zupełnie wystarczające zobrazowanie „magiczności” ogrodu?! Poza tym, pojawiające się i znikające (z wielką pompą) drzwi do ogrodu są jeszcze jednym elementem, który z powodzeniem rujnuje jakikolwiek czar tego niewątpliwie urokliwego ogrodu.

Daruję sobie konkluzję – dosyć, że podobnymi sytuacjami naszpikowane są wszelkie współczesne adaptacje Królewny Śnieżki, Jasia i Małgosi a nawet Alicji w Krainie Czarów. Są całkowicie pozbawione jakiegokolwiek elementu refleksji; ztrywializowane; podane w przesłodzonej polewie. Przykro mi narzekać, ale naprawdę stęskniłem się za widowiskiem telewizyjnym chociażby porównywalnym do magii wszelakich opowieści z Avonlea. Tymczasem twórcy idą w zaparte – operują tymi samymi scenariuszami i tymi samym archetypami. Wiecznie poszukujące miłości księżniczki, szukające akceptacji sierotki czy niezrozumiali przez towarzyszy buntownicy. A każde z nich ma osiem lat.

Pojawienie się – nazwijmy to – „animacji postshrekowskiej” wzbudziło dyskusję o celowości euhemeryzacji baśni; o tym, czy bajki wciąż są tylko dla dzieci. Tylko czy one kiedykolwiek były tylko dla dzieci? Cóż, czasem mam wrażenie, że część twórców filmów dziecięcych niezmordowanie stara nam się to wmówić.

Dziecko przed telewizorem nie jest odbiorcą krytycznym. Nie jest w stanie wykryć niedoskonałości fabuły ani powtarzalności motywów w treści. Rodzicom wystarczy to, że się na ekranie „nie leje krew i że nie ma scen łóżkowych”. Czy poza zabijaniem czasu, te filmy wciąż są warte uwagi? A nawet jeśli nie – czy ktokolwiek zwróci uwagę na takie niuanse?

A może zwyczajnie warto poczytać dziecku książkę?

Written by wroobel

Grudzień 7, 2009 at 9:28 pm

Napisane w Prawie mądrze

Tagged with ,

Powtórka z rozrywki? Słów kilka o „Hobbicie”.

leave a comment »

Pozwolę sobie wrzucić tutaj tekst o najciekawszej i najstarszej na świecie grze logicznej: gdybaniu. „Hobbit” Del Toro się zbliża wielkimi krokami, a wiadomości o nim mniej niż o „Robin Hoodzie” Ridleya Scotta. Zresztą, sam del Toro trzyma język za zębami twierdząc, że he couldn’t say too much as Warner Bros. had a sniper in the building monitoring his every word.. Jako odmiana człowieka zwana „tolkienowskim fanem” kiedyś gdybania takie rozpoczynałem, ale czas to nie korek na Nowohuckiej – w miejscu nie stoi.

Myślałem – czy raczej gdybałem – sobie, jak wielu ludzi uważa „Władcę Pierścieni” Jacksona za zbyt odstający od treści literackiego pierwowzoru – heroiczna Arwena, Bombadil (a raczej jego brak), Haldir w Rogatym Grodzie czy smętny los Czarnego Numenoryjczyka aka. Usta Saurona – wymieniam te najbardziej sporne elementy, a przecież jest ich znacznie więcej. A jednak – uważam – jacksonowska Wojna o Pierścień jest w wielkim stopniu zbliżona do pierwowzoru, zarówno treścią jak i „duchem”; wizja PiDżeja jest spójna i czasem nawet zbyt dosłowna. I tak patrząc na wyczyny bloomopodobnych elfów i woodzącopodobnych hobbitów – zastanawiam się, jak ludzie zniosą scenariuszowe akrobacje w „Hobbicie”.

Nie oszukujmy się: filmowy „Hobbit” musi nawiązywać do historii Pierścienia w stopniu znacznie większym niż książka Tolkiena. Mam niejasne wrażenie, że Jackson – a traktuję go jako twórcę „Hobbita” w stopniu nawet większym niż Del Toro – o tym wie i niespieszno narażać mu się milionom fanów, wprowadzając wątek – a bo ja wiem? – zaręczyn Aragorna z Arweną. Wydaje mi się, że Jackson miał w ostatniej dekadzie szansę na zapoznanie się z konserwatywnością tolkienistów (nie twierdzę, że to domena tolkienistów; chyba każda pasja opiera się na ślepym wręcz przywiązaniu) i nie chce przeciągać przysłowiowej struny. A kontrowersji przy „Hobbicie” będzie sporo: od obsady do treści, co postaram się tu opisać.

1. Bilbo z innej bajki, czyli dlaczego powinniśmy się pożegnać z Gandalfem.

Jak dziwne i bolesne (dla niektórych) będzie to twierdzenie, to obsada powinna ulec zupełnej zmianie. Aby zachować jakikolwiek realizm świata prezentowanego, trzeba trzymać się jednego z dwóch rozwiązań: albo pozostawić wszystkich aktorów z Władcy Pierścieni – czyli Gandalf, Bilbo, Elrond; albo zupełnie zrezygnować z ich usług. Ponieważ szczerze wątpię w zaangażowanie Hugo Weavinga w sekwencję trwającą od 5 do 10 minut (aczkolwiek pogłoski mówią co innego); równie poważnie zastanawiam się, czy odmładzanie Iana Holmesa wyjdzie na zdrowie i jemu i nam – taką opcję wolałbym odrzucić. Mieszanie obsady „starej” i „nowej” zupełnie zburzy logikę świata przedstawionego; chyba każdy widz odczuje pewnego rodzaju dyskomfort, kiedy okaże się, że część postaci wpasowuje się znaną już widzowi rzeczywistość – a część bohaterów będzie „obca chociaż znajoma”.

Najlepszym rozwiązaniem wydawałoby się zatrudnienie aktorów nowych i świeżych – takich, którzy nie dadzą się zaszufladkować poprzednimi rolami. I to nie powinno być trudnym zadaniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że lwia część obsady będzie ucharakteryzowana do niemożliwości. Niestety (a może -stety?), wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że „Hobbicie” pojawią się aktorzy znani i lubiani. Ian McKellen to chyba pewniak. Mortensen wyraził zainteresowanie. Imdb.com przypuszcza, że w roli Thorina pojawi się… Ron Pearlman (którego, chociaż uwielbiam, bardziej widziałbym w roli trolla). Cóż, poczekajmy do prawdziwych nominacji.

Zresztą, w przypadku obsady – jakiejkolwiek zresztą – pojawia się tu kolejny problem: przyzwyczajenie widza. Jacksonowskie elfy świecą anielską niemal poświatą, orkowie z powodzeniem mogliby występować w sequelu „Martwicy mózgu”; krasnoludy są małe, krzepkie i… równie brzydkie jak orkowie. I niech mi ktoś wytłumaczy, jak uciec od jacksonowskich stereotypów i jak zatrzymać widza w kinie, zmuszając go do ciągłego oglądania czeredy 14 paskudnych twarzyczek głównych bohaterów? I jak przekonać niezorientowanego widza, że tolkienowskie krasnoludy nie mają za zadanie jedynie rozśmieszać widowni, co tak usilnie starał się przekazać nam Jackson? Jeśli Del Toro przekroczy granicę między subtelnym dowcipem książki Tolkiena a tandetną hollywoodzką potrzebą: „każda drużyna musi mieć swojego Jar Jar Binksa a najlepiej kilku” – może wyjść kiepska – acz kosztowna – powtórka z fenomenalnych „Bandytów czasu” Terry’ego Gilliama. Tylko że, niestety, konwencja „Hobbita” to nie to samo co wizja Gilliama.

Krasnoludy to w ogóle producencki strzał w stopę. Jakoś – na chwilę obecną – nie wydaje mi się, abym był w stanie rozczulić się nad umierającym Thorinem…

2. Idź precz Aragornie, czyli dlaczego nie chcemy historii miłosnych.

Tu akurat sprawa jest prosta: Arwena z Aragornem to nie ta bajka. Filmowy „Władca Pierścieni”, mimo wszystkich swoich niedociągnięć, oddaje klimat książki. Jest epickim poematem, ma w sobie i rozmach i „rycerskość”. Chociaż część epizodów toczy się nieco innym torem, duch opowieści został zachowany.

Tymczasem „Hobbit”, który jest w założeniu przygodowym questem nie zagnieżdżonym w geograficzno-historycznej mieszance, jest o tyle niebezpieczny do realizacji, o ile musi wpasowywać się we obowiązujący wzorzec superprodukcji fantasy. Gdzie tam miejsce na miłość (no chyba, że homoseksualną, ale taki samobójca jeszcze się nie narodził)? Mówimy o dylogii – musimy się zatem liczyć z dodaniem pewnych „wchłanialnych” przez widzów elementów produkcji fantasy. Miłość jest rozpatrywana zawsze na pierwszym planie.

I tu rodzi się moja największa obawa: pal licho tego Aragorna i jego zaręczyny! Ja się zwyczajnie boję, że zmieni się zupełnie wydźwięk książki. Książki hobbicko-krasnoludzkiej, a nie elfio-ludzkiej. Najpopularniejsza i najbardziej popkulturowa para fantasy ukradła już show Frodowi i jego obrączce – nie zgadzam się przez to na zamianę środka ciężkości w „Hobbicie”.

Podobne – chociaż mniejsze – obawy mam w przypadku poszerzania wątków w celu wprowadzenia postaci znanych nam już z jacksonowskiej trylogii: Froda, Legolasa, Arweny – postaci, które mogłyby się znaleźć na trasie wycieczki do Smauga, ale o których Tolkien nie wspominał. I zauważcie: wymieniłem trzy najbardziej rozpoznawalne postacie z filmu – czy jakikolwiek reżyser oprze się pokusie „wciśnięcia” ich w fabułę pozostającą w chronologicznym i geograficznym związku z Władcą Pierścieni? No cóż dowiemy się tego i tak.

3. Bajka Del Toro, czyli dlaczego zobaczymy wizję Jacksona.

Guillermo Del Toro dorobek artystyczny ma niezły – od klasycznych horrorów (Kręgosłup diabła) do popularnych adaptacji komiksu (Hellboy). Na ile ten gatunkowy miszmasz może posłużyć „Hobbitowi”?

Teoretycznie: super. Del Toro to świetny rzemieślnik, jego światy przedstawione są bardzo sugestywne. Do naszej rzeczywistości przemykają duchy, demony, postacie rodem z legend; mimo swojej nierzeczywistości nigdy nie są nielogiczne. Jako reżyser świetnie też operuje nastrojem, potrafiąc naprzemiennie przemycać grozę i humor, opowiadać bajki dla dzieci w sposób ledwie przystępny dla dorosłych. To jest mistrzostwo. Dzięki temu „Hobbit”, mimo, że targetowany na młodego widza może zainteresować fanów mroczniejszych opowieści. W końcu mamy trolle, gobliny, smoki i wielką bitwę ze śmiercią jednego z głównych bohaterów. Epos jak się patrzy. Tak, teoretycznie ten film może być wielkim widowiskiem, teoretycznie, może być filmem docenionym przez krytykę, teoretycznie, dlaczego nie? – przeca Del Toro reżyseruje. Cóż.

Praktycznie: tolkienowskim światem rządzi wizja Jacksona, który jest i producentem i scenarzystą filmu. Jak myślicie, jak będą wyglądali elfowie, orkowie i inne takie? Jak myślicie, jak będzie wyglądała Bitwa Pięciu Armii skoro animacje, tak jak w przypadku trylogii Jacksona, robi WETA DIGITAL? Jak bardzo świat Del Toro będzie oryginalny w stosunku do Śródziemia swojego poprzednika?

Ja już wiem. Ale nie powiem.

4. Sequel nienapisanego, czyli fruń Fantazjo!

W myśl powiedzenia: „grosik za twoje myśli”, oświadczam, że oddam najbliższą wygraną w totolotka za myśli obojga scenarzystów w przypadku podziału „Hobbita” na dwie części. O ile, zakładam, część pierwsza to znana i bardzo lubiana opowieść samego Tolkiena; to już film drugi jest czystą spekulacją na temat wydarzeń przedhobbitowych. Na pewno wiadomo, że Jackson Del Toro sięgał do dodatków, zawartych w „Powrocie Króla”; ale na ile to będzie związane z Tolkienem a ile ze swobodną interpretacją -trudno powiedzieć. Chociaż skłaniam się raczej do wersji „puszczamy wodze fantazji”.

Co rodzi pewien problem. O ile poprzednia adaptacja Tolkiena jest oparta o fabułę; to już „naddany” Hobbit miałby opierać się tylko na luźnych dopiskach Tolkiena, zebranych do kupy przez Tolkiena syna. Jeśli dodamy dwa plus dwa to okazuje się, że nie dosyć że Jackson Del Toro ma pole do popisów fabularnych to jeszcze będzie skłaniał się do tego, aby w tej dowolności zawrzeć jak najwięcej z filmu Jacksona. Czyli Hobbit 2 będzie łącznikiem pomiędzy „Władcą Pierścieni” a „Hobbitem” właściwym, co może boleć o tyle, o ile nie będzie to łącznik fabularny co formalny. Zobaczymy starych znajomych (bez względu na to, kto ich zagra) i „dowiemy się”, co się działo pomiędzy fabułą obu filmów (ale nie: książek). Czy może powinienem napisać: dowiemy się, co sobie wyobrażał Jackson Del Toro. A to może być niespójne z tym, co chcielibyśmy sami zobaczyć.

Reasumując: pewnie widowisko będzie niezłe, ale z książ… z materiałami, na których będzie bazował może mieć niewiele wspólnego.

5. Władca Pierścieni, czyli nieważne że Del Toro, ważne, że Jackson.

Jak napisałem powyżej, jest problem. Mam wrażenie, że 3/4 świata uważa, że „Władca Pierścieni” jest autorskim dziełem Jacksona i to właśnie ten reżyser jest traktowany jako najlepszy/największy/najbardziej poinformowany znawca Śródziemia. Dosyć niepokojące zjawisko. Jasne jest, że Jackson włożył w adaptację bardzo dużo siebie – ale jakże ciężko jest zrozumieć ludziom, że nie jest to osoba mająca wyłączność na ekranizowanie Tolkiena! Podczas tych wszystkich reżysersko-producenckich perturbacji miałem nadzieję, że uda mi się zobaczyć nową, niekoniecznie mi znaną wizję Śródziemia. Już dawno wiedziałem, że film, ktokolwiek by go nie nakręcił, będzie kalką tego, co zrobił Jackson. Wizja tego reżysera stała się niejako wyznacznikiem – i to nie tylko świata przedstawionego, ale konwencji widowiska fantasy w ogóle. A nie ma nic gorszego na płodnym gruncie fantastyki jak skostniałe myślenie.

Reasumując: martwię się, że „Hobbit” będzie tolkienowskim zwyrodnieniem. Być może, jako widowisko, zachwyci. Być może, wszystkie moje obawy zostaną zrekompensowane… a bo ja wiem? Może umiejętnie napisanym scenariuszem? Może pomysłem? Być może. Im bliżej jednak do realizacji – a jesteśmy na etapie zakończenia prac nad wstępnym skryptem – tym większe mam wrażenie, że bój nie toczy się o zekranizowanie książki Tolkiena, ale o przyciągnięcie do kin fanek Legolasa i Boromira. A kto zorganizuje to lepiej niż Jackson?

Written by wroobel

Grudzień 1, 2009 at 10:31 pm