Trochę kultury. Tylko trochę.

Prawie blog. Prawie krytyczny. Prawie o filmach.

Archive for Listopad 2009

Szkoła strachu. „Paranormal Activity”.

4 Komentarze

Na początek definicja. Kto chce, niech pominie.

Horror (łac. groza, strach), fantastyka grozy – odmiana fantastyki polegająca na budowaniu świata przedstawionego na wzór rzeczywistości i praw nią rządzących po to, aby wprowadzić w jego obręb zjawiska kwestionujące te prawa i nie dające się wytłumaczyć bez odwoływania się do zjawisk nadprzyrodzonych. Zadaniem horroru jest wywołanie lęku i niepokoju u odbiorcy utworu. Pojawiające się w świecie utworu zjawiska fantastyczne podważają ustalone na początku i akceptowane przez bohaterów prawa świata. Różnica między horrorem a thrillerem polega na tym, że w thrillerze zagrożenie ma charakter realny (np. przestępca, epidemia).

źródło: Wikipedia, a jakże

Idąc powyższym tropem – a jest mi to niezmiernie po drodze – powrót do prawdziwego horroru to prawdziwa rzadkość. Slashery wszelakie, pełne zdeformowanych ludzi, zwyrodniałych rodzin czy wygłupiających się nastolatków to, okazuje się, nie są horrory jako takie. A nie piszę tak dlatego, że chcę zdeprecjonować ich pozycję a raczej wykazać różnice między horroru formą oryginalną a nabytą (czy raczej: zaadaptowaną).

Po co to analityczne wydumanie? Przedwczoraj w końcu trafiłem na „Paranormal Activity” i, wbrew zdaniu naprawdę wielu osób, jestem pod wielkim wrażeniem. Ok, przez kilka pierwszych minut miałem wrażenie, że zanurzę się za głęboko w fotelu i zasnę – ale to wrażenie minęło bardzo szybko. Siadłem wpatrzony w ekran i oniemiałem.

Na dobrą sprawę, dalej jestem pod wrażeniem, i to nie przedstawionej historii, ale raczej tego, że dwójka nieznanych aktorów plus w większości statyczna kamera ustawiona na komodzie jest w stanie obudzić we mnie instynkty, które, zdawało się, usnęły na dobre w czasach makabreskowej znieczulicy.

Tak, zawsze można napisać: „… ale to wszystko było w „Blair Witch Project„. Nie, nie było. Historia poszukiwania czarownicy z Blair rozgrywa się w mrocznym lesie na mrocznym odludziu. „Paranormal Activity” to atak na stateczne życie w schludnym domku na przedmieściach Filadelfii. Młode małżeństwo, ona z tych uczonych, on – z tych zarabiających. Czasem wyskoczą na imprezę, znajomi czasem też się zjawią, generalnie sielanka. Ale dom chyba trochę nawiedzony. Więc mąż kupuje kamerę i biega z nią po całym domu, robiąc przymiarki do rejestrowania duchów. I demonów.

Nadchodzi noc. Kamera na komodzie leży, rejestruje śpiącą parę i trochę przedpokoju. I cisza. Para śpi, w prawym dolnym rogu kadru czas nieubłaganie biegnie ku kolejnemu dniu. Nadchodzi godzina trzecia…

… i ja już nic nie piszę, oddaję się lękom pierwotnym. Kto chce zobaczyć, co się dzieje o trzeciej w nocy w domu bohaterów – niech pędzi do kina. Ja osobiście nie pamiętam, żeby mi tak serce wyskakiwało z piersi przy statycznym kadrze obejmującym dwójkę śpiących ludzi.

Podobno – a przeczytałem o tym ostatnio – miłośników horrorów można podzielić na dwie szkoły: szkołę „Piły” (acz krzywdzące to w stosunku do pierwszej części) i szkołę „Blair Witch Project”. Jedni wolą zaskakiwanie i odrażające rytuały, które wykonują – lub którym są poddawani – bohaterowie owych filmów; inni – w tym ja – wolą masochistyczne poddawanie się lękom abstrakcyjnym. Niewidocznym. Nieukazanym. Fragmentarycznym.

Umysł ludzki działa tak, że czego nie widzi – to sobie dopowie. A to co sobie dopowiada – zwykle jest po stokroć wyolbrzymione. Potwory, których nie widać; które poznajemy zaledwie po kawałkach skóry, kończyny i innych takich, są znacznie ciekawsze dla „widza obcowania”. Im mniej widać, tym jest straszniej. W „Paranormal Activity” widać… no właśnie: widać, czy nie widać? Wymijająco: widać tyle ile trzeba żeby porządnie się przestraszyć. A, o ile mnie pamięć nie myli – o to chodzi w horrorach?

Reklamy

Written by wroobel

Listopad 27, 2009 at 8:19 pm

Traktat o książce niebezpiecznej. „Niekończąca się historia”.

leave a comment »

Dzisiaj dla odmiany o książce. Ostatnio udało mi się kupić na dvd „Niekończącą się opowieść” Wolfganga Petersena. Rozrzewniłem się deczko, jako, że to mój pierwszy film fabularny jaki obejrzałem w kinie. Fim jaki jest, każdy widzi, ja jednak dwa słowa o książce Trochę też o jej adaptacji, ale mniej niż więcej. Film znają wszyscy, książkę już nie.

Raczej nikogo nie zdziwię stwierdzeniem, że film (bardzo dobry zresztą) książkową treść zawęża i spłyca. Pamiętać jednak trzeba, że Petersen, przenosząc opowieść na ekran wybrał tylko część wątków do opisu, poza tym fabularnie dochodzi tylko do połowy książki (drugą próbował zrobić – i zrobił, niestety, George Miller, ale lepiej pomińmy to litościwym milczeniem). Fantazjana jest światem mocno chaotycznym i relacje pomiedzy postaciami jak i światami (Fanatazjana vs. nasza Rzeczywistość) są dosyć trudne do uchwycenia i chyba nie do końca możliwe do przeniesienia na ekran (chociaż po obejrzeniu Nagiego Lunchu Cronenberga wierzę już we wszystko w tej materii). Przyznaję, że nie do końca pamiętam książkę – czytałem ją z pięć lat temu – ale na pewno pamiętam to, że o wiele bardziej rozbudowana była postać Gmorka – wilkołaka; jego rozmowa z Atreju w opustoszałym mieście (aż się kłamać odechciewa) a poza tym pewnie jeszcze masa innych wątków, które moja nieidealna pamięć pominęła. Tak to, jak wszyscy wiemy, tak z adaptacjami bywa.

Reasumując, „Niekończąca się opowieść” zrobiła wielkie wrażenie na moim pięcioletnim wówczas umyśle. Bohaterski Altreju, Furchur – smok szczęścia, nieszczęsny Artaks, przerażający Gmork, no i ta wszechobecna Nicość, tak, to była superbaśń z prawdziwego zdarzenia. No i główna sprawa (chociaż zdałem sobie z niej sprawę nieco później): zazębianie się światów i próba stworzenia interaktywnej opowieści – TO dopiero było coś. Do tej pory nie spotkałem się z podobnym eksperymentem – i to dodatkowo jest olbrzymim atutem filmu. Tu nie chodziło o przeniesienie się do innego świata tudzież innego średniowiecza – tu chodziło o żywą relację między światami równoległymi.

Powstały potem dwie tak zwane ‚kontynuacje’ (pożal się Zeusie czy inny boże) filmu: w 1990 wspomniane – za przeproszeniem – ‚dzieło’ Millera (z bożyszczem nastolatek Jonathanem Brandisem w roli głównej) i, cztery lata później jeszcze coś, co zostało opatrzone liczebnikiem ‚3’, ale z fimu pamiętam tyle, że mi obrzydził i kino i Fantazjanę i jedzony w tamtym momencie obiad. Dałem sobie spokój z taplaniem się w „Niekończącej się opowieści”.

Na książkę trafiłem dziwnym przypadkiem, może nie aż tak jak Bastian Bux w pierwszej części filmu, ale na pewno w okolicznościach nie do końca wyjaśnionych. O ile pamiętam, miałem jeszcze pewne opory moralno-estetyczne przed wzięciem do ręki książki z okładką koloru różowego – ale przemogłem się, zacząłem czytać i…

… i, jak to się mówi, wsiąkłem. Niezwykła forma książki (dwukolorowy druk) i przede wszystkim sama historia stała sie tak piękna, jak wtedy, kiedy miałem 5 lat. Opowieść, którą znałem, nabrała zupełnie nowych kolorów i znaczeń.

To nie jest łatwa książka. Czasem nawet niebezpieczna. Czasem przeraża. Ale jest piękna, chociaż świeci światłem odbitym – autor nie stawia sobie za zadanie stworzenia niesamowicie spójnej wizji świata przedstawionego, skutego logiką jak łańcuchami. Rozumie się to samo przez się – przecież sam tytuł mówi, że nie będziemy mieli do czynienia z rzeczywistością kompletną i całkowitą. Poruszamy się w świecie fantazji – i nie zapominamy o tym ani przez chwilę. Przyznam, że pierwsza część książki (czyli treść filmu Petersena), wciągnęła mnie umiarkowanie; bardziej fascynowało mnie czytanie książki w dwóch kolorach niż sama treść, którą doskonale znałem. Kiedy jednak doszedłem do momentu nadawania imienia Cesarzowej, do mojej, nie zawsze lotnej, głowy wtargnęło pytanie: chwila jestem w połowie książki – a historia już się kończy? Jak to możliwe? Ale, jak już wiemy, ta historia jest ‚niekończącasię’.

Kiedy, po kilku stronach, okazało się, że mam do czynienia z historią opowiedzianą w sequelu filmu, to, cytując Księgę Hioba: Strach mnie ogarnął i drżenie. Zacisnąłem jednak zęby i brnąłem dalej. I w miarę postępu, szczęki mi się rozluźniały, a ja zastanawiałem się (do dzisiaj zresztą), dlaczego Ende nie wytoczył procesu tym partaczom z Hollywood?! Potworek filmowy, jaki nam zaserwował Miller, kompletenie obdarł Fantazjanę z uroku. Kontynuujmy: historia Bastiana-Bohatera, abstrahując od wszelkich teorii na temat chłopięcych marzeń, itede, itepe, pochłania piekielnie; wielki szacunek dla psychologii przedstawionych postaci i specyfiki miejsc tworzonych przez autora; wiem, że nie są może świeże i orginalne, ale i Lew o (idiotycznym – sorrki) imieniu Wiele Barw, Kolory Tęczy, czy jakoś tak; i – a może przed wszystkim – mój ulubiony Ygramul (czyli Mrowie) robią wrażenie i pozostawiają po sobie niezatarty ślad w pamięci. Natomiast Miasto Cesarzy rządzone przez – chyba – małpę do tej pory budzi moje przerażenie. Nie boję się jego opisu; boję się tego, że będąc na miejscu Bastiana, istniałoby pewne prawdopodobieństwo, że również skończyłbym w tym miejscu… Brrrr… Nie cierpię tego w bajkowych światach: prawie zawsze jest jakiś wyrzut sumienia, który pełni rolę niedopowiedzianego morału i – jak dla mnie – ostrzeżenie: Masz swój świat? To siedź w nim, bo w moim skończysz źle.

No tak, a na koniec… cóż, mówiąc nieco przewrotnie, ta książka rzeczywiście nie ma końca. Starzec Kronikarz mieszkający we wnętrzu Wędrownej Góry mocno zaciska narrację w swojej garści, przez co zapominamy o zupełnie nieistotnej instytucji pisarza (ten Ende spotkał Starca i zerżnął od niego ze dwa rozdziały) i, przez jedną cudowną chwilę, naprawdę czujemy sie uczestnikami tej niekończącej się opowieści.

Chciaż, może mnie pamięć zawodzi, ale czy w tej książce nie jest wyraźnie powiedziane, że wszyscy jesteśmy uczestnikami Niekończącej się opowieści (jakkolwiek głupio to brzmi)?

Jeśli tak to ja się piszę…

Written by wroobel

Listopad 25, 2009 at 1:08 pm

Jazda nocna z pociągiem. I mięsem.

with one comment

Niedawno obejrzałem jeden z moich największych braków 2008 roku – „Nocny pociąg z mięsem” Kitamury, faceta od mojej ukochanej „Azumi„. Nie miałem zbyt duzych oczekiwań. Recenzje, jakie odebrałem od znajomych można zebrać w zdaniu „film o facecie, który zabija ludzi w metrze i zawozi ich ciała ludziom-kretom”. Po obejrzeniu filmu, mam wrażenie, że powinienem zmienić znajomych.

Film jest fantastyczny – i to nawet pomijając rolę mojego ukochanego Vinniego Jonesa, który był jedynym czynnikiem, dla którego zacząłem oglądać „Pociąg”. Tak ciekawie zrealizowanej makabreski, zarówno narracyjnie jak i technicznie sprawnej, nie widziałem od niepamiętnych czasów.. Wizualnie – miażdży; fabularnie również, chociaż przyznaję, że przez większą część filmu ma się wrażenie, że „ja już to gdzieś widziałem”. Poza tym, zakończenia i „cykliczności” funkcji rzeźnika domyśliliśmy się z żoną juz w połowie. Bez większego wysiłku. No ale to nie fabuła zachwyciła mnie najmocniej.

Pamiętam, że kiedyśm, po obejrzeniu „Jeepers Creepers” (aka „Smakosz”) zachwyciło mnie, między innymi, jedno rozwiązanie. Widz ogląda wydarzenie, które jest zaledwie wycinkiem żywotu Odwiecznego; nie jest to jakis tam sezonowy potworek, ktory pod koniec filmu się rozpłynie w lawie, ogniu czy innej cieczy (tudzież skończy na haku czy w kuchence mikrofalowej; Wesie Cravenie, dzień dobry). To nie rodzeństwo Jennerów, o cokolwiek dziwnych relacjach między sobą, wiodło prym w filmie – to ów Creeper był bohaterem. Uczucie obcowania z czymś Pradawnym; czymś, co istnieje w ludzkiej podświadomości, o czym krążą legendy, ale funkcjonuje zupełnie poza światem realnym – to wszystko powoduje całkiem sympatyczny dreszczyk na moich plecach i domaga się więcej. Dokładnie to samo uczucie mnie dopadło po obejrzeniu „Pociągu”. I chwała mu za to.

Written by wroobel

Listopad 23, 2009 at 11:59 am

Wstążka biała, ptak malowany. Haneke.

with one comment

Może i wielkim fanem austriackiego skandalisty nigdy nie byłem, jednak docenić dobre kino potrafię. Dlatego przyznać muszę, że obejrzałem wczoraj „Białą wstążkę” i jestem pod wielkim wrażeniem. Nie ma w tym filmie jakichś szczególnych kontrowersji – co w przypadku Hanekego może wydawać się dziwne – ale i tak pod koniec tej dwuipółgodzinnej sagi wioskowej czuje się, że temat jest gorzki. I z takim przemyśleniem zostawia nas reżyser. Dopowiedzcie sobie sami.

Ponieważ fabuła i konotacje z nazizmem (chociaż nie o narodzinach nazizmu ten film opowiada a raczej o tym, jak podatny grunt pod nazizm przygotowali sobie sami Niemcy) zostały rozwałkowane na czynniki pierwsze w każdej gazecie i w każdym portalu zajmującym się kinem – wszak „Biała wstążka” to Złota Palma Cannes 2009 – pomińmy ten element. Warto jednak wspomnieć, że, mimo trudnego tematu, najnowszy film twórcy głośnej „Pianistki” ogląda się z zapartym tchem, niczym relację rodzinną z innej epoki. Jak to stwierdziła moja żona: „ten film mógłby się nigdy nie skończyć” – tylko trwać, trwać, śledzić losy mieszkańców, pokazywać miłości, zbrodnie, a to wszystko spinane narracją z offu, wspomnieniami jednego z uczestników przedstawionych wydarzeń.

Przyznam, że po tym co usłyszałem o filmie, moja chętnie chłonąca makabreskę głowa pomyślała: jak Haneke robi kontrowersyjny film o niemieckiej wsi początku wieku – ani chybi, będzie zagraniczna wersja „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego. Ależ się moja głowa pod tym kątem zawiodła! Zło, które ukazuje reżyser jest o wiele bardziej subtelne, chociaż – tak jak u Kosińskiego właśnie – to nie ludzie są oskarżeni ale raczej ogólna mentalność i tożsamość historyczno-społeczno-narodowa. Zło, które pokazuje „Biała wstążka” to nie wina (nie wyjaśniona do końca zresztą) sprawców a raczej systemu i egzekucji sprawiedliwości, która zresztą okazuje się być bardzo relatywnym pojęciem. Zło u Hanekego to tytułowa biała wstążka właśnie, która ma symbolizować niewinność, a która obnaża jedynie pustotę tego terminu.

Na pewno kawał dobrego kina oraz pozycja obowiązkowa dla wszystkich zastanawiających się nad psychiką prostego żołnierza Wermahtu odesłanego do wartowania w obozie koncentracyjnym.

Written by wroobel

Listopad 22, 2009 at 4:31 pm

„Martyrs”. Wnioski z męczeństwa.

leave a comment »

W końcu miałem okazję zobaczyć jeden z najbardziej intrygujących horrorów ostatnich lat; obrazu, o którym bardzo często słyszałem, że jest „obowiązkowo obowiązkową” pozycją dla fanów filmów grozy. Kiedy zatem wypatrzyłem tytuł w programie telewizyjnym, aż zmodyfikowałem wieczorne plany żeby w końcu ów kultowy film zobaczyć.

 

(chociaż jak zobaczyłem tytuł „skazani na strach” to zdębiałem)

Co prawda, nie jest to moja konwencja horroru, ale w pełni potrafię docenić produkcję Pascala Laugiera. Jest – za pozwoleniem – ładna (zdjęcia!) no i trzyma w napięciu od początku do końca. O ile sam początek jest dynamiczny i zmienny, to sceny torturowania Anne są ostentacyjnie statyczne: taka gra tempem bardziej zagrała mi na uczuciach niż same tortury.

 

Żeby nie tworzyć literackich strumieni świadomości, kilka konkluzji:

 

Konkluzja antyamerykańska: Amerykanie tak nie potrafią. Konwencja gatunku niby ta co zawsze, ale nie wyobrażam sobie tego filmu w wersji made in USA. Budowanie nastroju, prowadzenie bohaterów, łamanie kolejnych barier (scena śniadania przerwana przez Lucy)… po prostu stylistyka jest tak inna, że percepcyjnie sobie tego wyimaginować nie potrafię.

 

Konkluzja fałszowania bezpieczeństwa widza: co najmniej trzykrotnie w filmie mamy przesłanki, że „koszmar się skończył” – przecież już na samym początku dziewczyna ucieka oprawcom. Za chwilę okazuje się co prawda, że coś się kryje „w mroku pod schodami” ale zaraz potem przenosimy się 15 lat później – zatem koszmar (teoretycznie) się przedawnia (no bo przecież Lucy nie mogła by przeżyć z własnym koszmarem tak długiego czasu). Co dalej? Sielanka rodzinna. Uff, jak bezpiecznie. I dzwonek do drzwi w niedzielny poranek. I na naszym bezpieczeństwie popełnia się kolejny gwałt. I znowu noc. I rozliczenie z przeszłością. I niby wszystko na dobrej drodze do happy (prawie) endu. Ale nie, młotek spada.

 

Ostatnie zafałszowanie to słowa „twoje cierpienie prawie się skończyło„. A potem następuje owo „prawie”.

 

Konkluzja oświeconej Francji: kolebka prądów myślicielskich, nowożytne Ateny. W czasach postmodernistycznych nadszedł, jak widać, nowy nurt – chociaż nie, nurt jest stary, gonitwa za nieodgadnionym (wybaczcie egzaltację tego stwierdzenia) jest wieczna; makiawelizm również nie jest pojęciem nowym – ale środki prowadzące do celu jakby trochę się zmieniły. Tortury już nie są karą ale wyzwoleniem. Znowu Francuzi (a może francuscy kanadyjczycy?) serwują Europie swoją koncepcję poznania. Koncepcję nieco przerażającą.

 

<dygresja: jednak owo beznamiętne okrucieństwo w służbie loży starych dziadków jest zbyt wymownie złagodzone finałowym samobójstwem a w rezultacie osłabia wydźwięk samej koncepcji. a szkoda.>

Konkluzja konwencji slashera: w każdym przeze mnie obejrzanym filmie tego typu mam wewnętrzny dylemat – którą śmiercią umrzeć bym nie chciał? Tu jest inaczej. Tutaj zwyczajnie nie chciałbym być w skórze (nomen omen) głównej bohaterki.

 

Konkluzja dobrego horroru: jak slasherów nie lubię, to Martyrs obejrzałem z dziką satysfakcją. Co prawda, nie spodziewam się kilkutygodniowej traumy – jak miałem w przypadku „Domu 1000 ciał” – ale nie zmienia to faktu, że dla miłośników horrorów pozycja cokolwiek obowiązkowa.

 

Written by wroobel

Listopad 20, 2009 at 3:26 pm