Archiwum dla Listopad 27th, 2009
Szkoła strachu. “Paranormal Activity”.
Na początek definicja. Kto chce, niech pominie.
Horror (łac. groza, strach), fantastyka grozy – odmiana fantastyki polegająca na budowaniu świata przedstawionego na wzór rzeczywistości i praw nią rządzących po to, aby wprowadzić w jego obręb zjawiska kwestionujące te prawa i nie dające się wytłumaczyć bez odwoływania się do zjawisk nadprzyrodzonych. Zadaniem horroru jest wywołanie lęku i niepokoju u odbiorcy utworu. Pojawiające się w świecie utworu zjawiska fantastyczne podważają ustalone na początku i akceptowane przez bohaterów prawa świata. Różnica między horrorem a thrillerem polega na tym, że w thrillerze zagrożenie ma charakter realny (np. przestępca, epidemia).
Idąc powyższym tropem – a jest mi to niezmiernie po drodze – powrót do prawdziwego horroru to prawdziwa rzadkość. Slashery wszelakie, pełne zdeformowanych ludzi, zwyrodniałych rodzin czy wygłupiających się nastolatków to, okazuje się, nie są horrory jako takie. A nie piszę tak dlatego, że chcę zdeprecjonować ich pozycję a raczej wykazać różnice między horroru formą oryginalną a nabytą (czy raczej: zaadaptowaną).
Po co to analityczne wydumanie? Przedwczoraj w końcu trafiłem na “Paranormal Activity” i, wbrew zdaniu naprawdę wielu osób, jestem pod wielkim wrażeniem. Ok, przez kilka pierwszych minut miałem wrażenie, że zanurzę się za głęboko w fotelu i zasnę – ale to wrażenie minęło bardzo szybko. Siadłem wpatrzony w ekran i oniemiałem.
Na dobrą sprawę, dalej jestem pod wrażeniem, i to nie przedstawionej historii, ale raczej tego, że dwójka nieznanych aktorów plus w większości statyczna kamera ustawiona na komodzie jest w stanie obudzić we mnie instynkty, które, zdawało się, usnęły na dobre w czasach makabreskowej znieczulicy.
Tak, zawsze można napisać: “… ale to wszystko było w “Blair Witch Project“. Nie, nie było. Historia poszukiwania czarownicy z Blair rozgrywa się w mrocznym lesie na mrocznym odludziu. “Paranormal Activity” to atak na stateczne życie w schludnym domku na przedmieściach Filadelfii. Młode małżeństwo, ona z tych uczonych, on – z tych zarabiających. Czasem wyskoczą na imprezę, znajomi czasem też się zjawią, generalnie sielanka. Ale dom chyba trochę nawiedzony. Więc mąż kupuje kamerę i biega z nią po całym domu, robiąc przymiarki do rejestrowania duchów. I demonów.
Nadchodzi noc. Kamera na komodzie leży, rejestruje śpiącą parę i trochę przedpokoju. I cisza. Para śpi, w prawym dolnym rogu kadru czas nieubłaganie biegnie ku kolejnemu dniu. Nadchodzi godzina trzecia…
… i ja już nic nie piszę, oddaję się lękom pierwotnym. Kto chce zobaczyć, co się dzieje o trzeciej w nocy w domu bohaterów – niech pędzi do kina. Ja osobiście nie pamiętam, żeby mi tak serce wyskakiwało z piersi przy statycznym kadrze obejmującym dwójkę śpiących ludzi.
Podobno – a przeczytałem o tym ostatnio – miłośników horrorów można podzielić na dwie szkoły: szkołę “Piły” (acz krzywdzące to w stosunku do pierwszej części) i szkołę “Blair Witch Project”. Jedni wolą zaskakiwanie i odrażające rytuały, które wykonują – lub którym są poddawani – bohaterowie owych filmów; inni – w tym ja – wolą masochistyczne poddawanie się lękom abstrakcyjnym. Niewidocznym. Nieukazanym. Fragmentarycznym.
Umysł ludzki działa tak, że czego nie widzi – to sobie dopowie. A to co sobie dopowiada – zwykle jest po stokroć wyolbrzymione. Potwory, których nie widać; które poznajemy zaledwie po kawałkach skóry, kończyny i innych takich, są znacznie ciekawsze dla “widza obcowania”. Im mniej widać, tym jest straszniej. W “Paranormal Activity” widać… no właśnie: widać, czy nie widać? Wymijająco: widać tyle ile trzeba żeby porządnie się przestraszyć. A, o ile mnie pamięć nie myli – o to chodzi w horrorach?