Traktat o książce niebezpiecznej. “Niekończąca się historia”.
Dzisiaj dla odmiany o książce. Ostatnio udało mi się kupić na dvd “Niekończącą się opowieść” Wolfganga Petersena. Rozrzewniłem się deczko, jako, że to mój pierwszy film fabularny jaki obejrzałem w kinie. Fim jaki jest, każdy widzi, ja jednak dwa słowa o książce Trochę też o jej adaptacji, ale mniej niż więcej. Film znają wszyscy, książkę już nie.
Raczej nikogo nie zdziwię stwierdzeniem, że film (bardzo dobry zresztą) książkową treść zawęża i spłyca. Pamiętać jednak trzeba, że Petersen, przenosząc opowieść na ekran wybrał tylko część wątków do opisu, poza tym fabularnie dochodzi tylko do połowy książki (drugą próbował zrobić – i zrobił, niestety, George Miller, ale lepiej pomińmy to litościwym milczeniem). Fantazjana jest światem mocno chaotycznym i relacje pomiedzy postaciami jak i światami (Fanatazjana vs. nasza Rzeczywistość) są dosyć trudne do uchwycenia i chyba nie do końca możliwe do przeniesienia na ekran (chociaż po obejrzeniu Nagiego Lunchu Cronenberga wierzę już we wszystko w tej materii). Przyznaję, że nie do końca pamiętam książkę – czytałem ją z pięć lat temu – ale na pewno pamiętam to, że o wiele bardziej rozbudowana była postać Gmorka – wilkołaka; jego rozmowa z Atreju w opustoszałym mieście (aż się kłamać odechciewa) a poza tym pewnie jeszcze masa innych wątków, które moja nieidealna pamięć pominęła. Tak to, jak wszyscy wiemy, tak z adaptacjami bywa.
Reasumując, “Niekończąca się opowieść” zrobiła wielkie wrażenie na moim pięcioletnim wówczas umyśle. Bohaterski Altreju, Furchur – smok szczęścia, nieszczęsny Artaks, przerażający Gmork, no i ta wszechobecna Nicość, tak, to była superbaśń z prawdziwego zdarzenia. No i główna sprawa (chociaż zdałem sobie z niej sprawę nieco później): zazębianie się światów i próba stworzenia interaktywnej opowieści – TO dopiero było coś. Do tej pory nie spotkałem się z podobnym eksperymentem – i to dodatkowo jest olbrzymim atutem filmu. Tu nie chodziło o przeniesienie się do innego świata tudzież innego średniowiecza – tu chodziło o żywą relację między światami równoległymi.
Powstały potem dwie tak zwane ‘kontynuacje’ (pożal się Zeusie czy inny boże) filmu: w 1990 wspomniane – za przeproszeniem – ‘dzieło’ Millera (z bożyszczem nastolatek Jonathanem Brandisem w roli głównej) i, cztery lata później jeszcze coś, co zostało opatrzone liczebnikiem ‘3′, ale z fimu pamiętam tyle, że mi obrzydził i kino i Fantazjanę i jedzony w tamtym momencie obiad. Dałem sobie spokój z taplaniem się w “Niekończącej się opowieści”.
Na książkę trafiłem dziwnym przypadkiem, może nie aż tak jak Bastian Bux w pierwszej części filmu, ale na pewno w okolicznościach nie do końca wyjaśnionych. O ile pamiętam, miałem jeszcze pewne opory moralno-estetyczne przed wzięciem do ręki książki z okładką koloru różowego – ale przemogłem się, zacząłem czytać i…
… i, jak to się mówi, wsiąkłem. Niezwykła forma książki (dwukolorowy druk) i przede wszystkim sama historia stała sie tak piękna, jak wtedy, kiedy miałem 5 lat. Opowieść, którą znałem, nabrała zupełnie nowych kolorów i znaczeń.
To nie jest łatwa książka. Czasem nawet niebezpieczna. Czasem przeraża. Ale jest piękna, chociaż świeci światłem odbitym – autor nie stawia sobie za zadanie stworzenia niesamowicie spójnej wizji świata przedstawionego, skutego logiką jak łańcuchami. Rozumie się to samo przez się – przecież sam tytuł mówi, że nie będziemy mieli do czynienia z rzeczywistością kompletną i całkowitą. Poruszamy się w świecie fantazji – i nie zapominamy o tym ani przez chwilę. Przyznam, że pierwsza część książki (czyli treść filmu Petersena), wciągnęła mnie umiarkowanie; bardziej fascynowało mnie czytanie książki w dwóch kolorach niż sama treść, którą doskonale znałem. Kiedy jednak doszedłem do momentu nadawania imienia Cesarzowej, do mojej, nie zawsze lotnej, głowy wtargnęło pytanie: chwila jestem w połowie książki – a historia już się kończy? Jak to możliwe? Ale, jak już wiemy, ta historia jest ‘niekończącasię’.
Kiedy, po kilku stronach, okazało się, że mam do czynienia z historią opowiedzianą w sequelu filmu, to, cytując Księgę Hioba: Strach mnie ogarnął i drżenie. Zacisnąłem jednak zęby i brnąłem dalej. I w miarę postępu, szczęki mi się rozluźniały, a ja zastanawiałem się (do dzisiaj zresztą), dlaczego Ende nie wytoczył procesu tym partaczom z Hollywood?! Potworek filmowy, jaki nam zaserwował Miller, kompletenie obdarł Fantazjanę z uroku. Kontynuujmy: historia Bastiana-Bohatera, abstrahując od wszelkich teorii na temat chłopięcych marzeń, itede, itepe, pochłania piekielnie; wielki szacunek dla psychologii przedstawionych postaci i specyfiki miejsc tworzonych przez autora; wiem, że nie są może świeże i orginalne, ale i Lew o (idiotycznym – sorrki) imieniu Wiele Barw, Kolory Tęczy, czy jakoś tak; i – a może przed wszystkim – mój ulubiony Ygramul (czyli Mrowie) robią wrażenie i pozostawiają po sobie niezatarty ślad w pamięci. Natomiast Miasto Cesarzy rządzone przez – chyba – małpę do tej pory budzi moje przerażenie. Nie boję się jego opisu; boję się tego, że będąc na miejscu Bastiana, istniałoby pewne prawdopodobieństwo, że również skończyłbym w tym miejscu… Brrrr… Nie cierpię tego w bajkowych światach: prawie zawsze jest jakiś wyrzut sumienia, który pełni rolę niedopowiedzianego morału i – jak dla mnie – ostrzeżenie: Masz swój świat? To siedź w nim, bo w moim skończysz źle.
No tak, a na koniec… cóż, mówiąc nieco przewrotnie, ta książka rzeczywiście nie ma końca. Starzec Kronikarz mieszkający we wnętrzu Wędrownej Góry mocno zaciska narrację w swojej garści, przez co zapominamy o zupełnie nieistotnej instytucji pisarza (ten Ende spotkał Starca i zerżnął od niego ze dwa rozdziały) i, przez jedną cudowną chwilę, naprawdę czujemy sie uczestnikami tej niekończącej się opowieści.
Chciaż, może mnie pamięć zawodzi, ale czy w tej książce nie jest wyraźnie powiedziane, że wszyscy jesteśmy uczestnikami Niekończącej się opowieści (jakkolwiek głupio to brzmi)?
Jeśli tak to ja się piszę…
Jazda nocna z pociągiem. I mięsem.
Niedawno obejrzałem jeden z moich największych braków 2008 roku – “Nocny pociąg z mięsem” Kitamury, faceta od mojej ukochanej “Azumi“. Nie miałem zbyt duzych oczekiwań. Recenzje, jakie odebrałem od znajomych można zebrać w zdaniu “film o facecie, który zabija ludzi w metrze i zawozi ich ciała ludziom-kretom”. Po obejrzeniu filmu, mam wrażenie, że powinienem zmienić znajomych.
Film jest fantastyczny – i to nawet pomijając rolę mojego ukochanego Vinniego Jonesa, który był jedynym czynnikiem, dla którego zacząłem oglądać “Pociąg”. Tak ciekawie zrealizowanej makabreski, zarówno narracyjnie jak i technicznie sprawnej, nie widziałem od niepamiętnych czasów.. Wizualnie – miażdży; fabularnie również, chociaż przyznaję, że przez większą część filmu ma się wrażenie, że “ja już to gdzieś widziałem”. Poza tym, zakończenia i “cykliczności” funkcji rzeźnika domyśliliśmy się z żoną juz w połowie. Bez większego wysiłku. No ale to nie fabuła zachwyciła mnie najmocniej.
Pamiętam, że kiedyśm, po obejrzeniu “Jeepers Creepers” (aka “Smakosz”) zachwyciło mnie, między innymi, jedno rozwiązanie. Widz ogląda wydarzenie, które jest zaledwie wycinkiem żywotu Odwiecznego; nie jest to jakis tam sezonowy potworek, ktory pod koniec filmu się rozpłynie w lawie, ogniu czy innej cieczy (tudzież skończy na haku czy w kuchence mikrofalowej; Wesie Cravenie, dzień dobry). To nie rodzeństwo Jennerów, o cokolwiek dziwnych relacjach między sobą, wiodło prym w filmie – to ów Creeper był bohaterem. Uczucie obcowania z czymś Pradawnym; czymś, co istnieje w ludzkiej podświadomości, o czym krążą legendy, ale funkcjonuje zupełnie poza światem realnym – to wszystko powoduje całkiem sympatyczny dreszczyk na moich plecach i domaga się więcej. Dokładnie to samo uczucie mnie dopadło po obejrzeniu “Pociągu”. I chwała mu za to.
Wstążka biała, ptak malowany. Haneke.
Może i wielkim fanem austriackiego skandalisty nigdy nie byłem, jednak docenić dobre kino potrafię. Dlatego przyznać muszę, że obejrzałem wczoraj “Białą wstążkę” i jestem pod wielkim wrażeniem. Nie ma w tym filmie jakichś szczególnych kontrowersji – co w przypadku Hanekego może wydawać się dziwne – ale i tak pod koniec tej dwuipółgodzinnej sagi wioskowej czuje się, że temat jest gorzki. I z takim przemyśleniem zostawia nas reżyser. Dopowiedzcie sobie sami.
Ponieważ fabuła i konotacje z nazizmem (chociaż nie o narodzinach nazizmu ten film opowiada a raczej o tym, jak podatny grunt pod nazizm przygotowali sobie sami Niemcy) zostały rozwałkowane na czynniki pierwsze w każdej gazecie i w każdym portalu zajmującym się kinem – wszak “Biała wstążka” to Złota Palma Cannes 2009 – pomińmy ten element. Warto jednak wspomnieć, że, mimo trudnego tematu, najnowszy film twórcy głośnej “Pianistki” ogląda się z zapartym tchem, niczym relację rodzinną z innej epoki. Jak to stwierdziła moja żona: “ten film mógłby się nigdy nie skończyć” – tylko trwać, trwać, śledzić losy mieszkańców, pokazywać miłości, zbrodnie, a to wszystko spinane narracją z offu, wspomnieniami jednego z uczestników przedstawionych wydarzeń.
Przyznam, że po tym co usłyszałem o filmie, moja chętnie chłonąca makabreskę głowa pomyślała: jak Haneke robi kontrowersyjny film o niemieckiej wsi początku wieku – ani chybi, będzie zagraniczna wersja “Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego. Ależ się moja głowa pod tym kątem zawiodła! Zło, które ukazuje reżyser jest o wiele bardziej subtelne, chociaż – tak jak u Kosińskiego właśnie – to nie ludzie są oskarżeni ale raczej ogólna mentalność i tożsamość historyczno-społeczno-narodowa. Zło, które pokazuje “Biała wstążka” to nie wina (nie wyjaśniona do końca zresztą) sprawców a raczej systemu i egzekucji sprawiedliwości, która zresztą okazuje się być bardzo relatywnym pojęciem. Zło u Hanekego to tytułowa biała wstążka właśnie, która ma symbolizować niewinność, a która obnaża jedynie pustotę tego terminu.
Na pewno kawał dobrego kina oraz pozycja obowiązkowa dla wszystkich zastanawiających się nad psychiką prostego żołnierza Wermahtu odesłanego do wartowania w obozie koncentracyjnym.
“Martyrs”. Wnioski z męczeństwa.
Opowieści od strzała: Marzenie.
Na parapecie w kuchni stała szklanka. Zwykła, bezbarwna, niczym nie wyróżniająca się szklanka. Czasem ktoś pił z niej herbatę, czasem ktoś rozcierał mąkę, a czasem ktoś wstawiał w nią kwiaty. Ani ludzie, ani inne sprzęty nie zwracały na szklankę zbyt wielkiej uwagi.
Szklanka stała na parapecie i marzyła. Cóż innego może robić szklanka? Czasem wyglądała przez okno, czasem obserwowała krzątających się w kuchni gospodarzy, najczęściej jednak jej wzrok skierowany był na kredens, gdzie, za ornamentowaną szybką stały dumnie i niedostępne kieliszki. Nasza szklanka oddałaby wszystko co miała, za kilka chwil spędzonych na tej półce. Powód był prozaiczny – była beznadziejnie zakochana w kieliszku do szampana.
Stał tam od niepamiętnych czasów: smukły, wyniosły, arystokratyczny. Nawet jego współtowarzysze spoglądali na niego z szacunkiem. Kieliszek stał wytrwale w jednym miejscu i wzrok miał wbity w nieskończoność. Nie zwracał uwagi na gwar w kuchni, na sprzęt, na ludzi, ani, tym bardziej na biedną szklankę z parapetu.
Nasza bohaterka cierpiała niezmierzone katusze, bo i cóż miała robić? Kim była dla szlachetnego kieliszka, wyjmowanego z kredensu jedynie na uroczyste okazje, pospolita szklanka, stworzona do pospolitej pracy? Ba, kieliszek nawet nie wiedział o jej istnieniu i prawdopodobnie nigdy nie miał się dowiedzieć! Dlatego też szklanka była bardzo nieszczęśliwa i, gdyby to było możliwe, na pewno miałaby złamane serce. Taki jest niestety los pospolitej szklanki z parapetu beznadziejnie zakochanej w kieliszku do szampana.
Aż, któregoś dnia, coś się zmieniło. Szklanka ze zdumieniem odkryła, że pomiędzy parapetem a kredensem pojawił się znikąd wielki szklany blat, a na jego środku stał… On! Kieliszek do szampana! I patrzył się na nią z wyczekiwaniem!
Szklanka, gdyby umiała, to zemdlałaby z wrażenia. Oto obiekt jej westchnień, do dzisiaj czysto hipotetyczny i zupełnie nierealny, stał w jej zasięgu. Nie było dla nie jasne, co się stało, skąd wziął się blat i dlaczego na jego środku stał ukochany kieliszek. Ale przecież nie było to ważne! Mogła się w końcu do Niego zbliżyć, być przy Nim, dzielić z Nim jedną przestrzeń, a On.. On na nią czekał!
Szklanka nawet nie wiedziała kiedy i jak znalazła się przy swoim Ukochanym. Zapadła chwila wyczekiwania, rozkosznie długa i jednocześnie niemiłosiernie przeciągająca się. On patrzył na nią z dobrocią, łagodnością i tak wielką czułością, że gdyby szklanka miała nogi, na pewno by się pod nią ugięły. A ona, mała i skromna wyrażała całą sobą bezgraniczne uwielbienie i niepohamowaną radość ze spełnionego marzenia.
- Jak… jak to możliwe? – szepnęła szklanka.
- Marzyłaś o mnie, więc o to jestem – odpowiedział kieliszek. – Jestem i będę tu do końca naszego trwania.
Szklance ze wzruszenia zawirował świat.
- To… to prawda? Marzenia się spełniają? Będziesz mnie kochał tak jak ja kocham ciebie? Na zawsze?
- O, tak - powiedział. – Będę cię kochał tak jak ty mnie kochasz. Na zawsze.
- I nic nas nie rozłączy?
- Nic nas nie rozłączy.
- Jak masz na imię? Czy zdradzisz mi swoje imię? – wyszeptała wzruszona szklanka.
- Nie wiesz? Nie domyślasz się?
- Nie, najdroższy. Nie znam twojego imienia.
- Złudzenie – oparł kieliszek. – Tak brzmi moje imię.
“Ach..“, zdążyła tylko pomyśleć szklanka, ześlizgując się nagle z wyimaginowanego blatu i rozsypując się w drobny mak.
Who shouldn’t watch the watchmen?
Powszechnie wiadomo, że adaptacje idealne nie istnieją. Bernard Shaw kiedyś stwierdził, że przekłady są jak kobiety: albo piękne albo wierne. Z adaptacjami jest podobnie.
Watchmen – wersja drukowana – jest próbą spojrzenia na świat herosów, ale świat, w którym superbohaterowie rzeczywiście istnieją. Historia opowiada o ugrupowaniu Strażników, grupie nadludzi, których moce stają się przedmiotem społecznej kontrowersji, a co za tym idzie, status superherosa zostaje uznany za niepożądany. Dotychczasowi bohaterowie znikają, objęci programem ochrony świadków – jednak w krytycznym momencie wracają, aby próbować ratować Amerykę przed zagładą. Warto zauważyć, że kraj ten znajduje się w obrębie naszej rzeczywistości – ale, mimo wszystko, jest innym miejscem: są to Stany Zjednoczone, w których nie miała miejsca afera Watergate, gdyż kilku bohaterów zabiło podsłuchujących dziennikarzy, zanim ci zdążyli przekazać dane do informacji publicznej; Ameryka wygrała wojnę w Wietnamie, a Rosja zajmuje Afganistan i szykuje się do zagarnięcia Pakistanu. Wojna nuklearna wisi na włosku, a mimo to działalność bohaterów została zdelegalizowana. Ci wracają – ale, prześladowani, połowicznie wierzą w swój sukces. Ich moce wciąż istnieją, ale Moore pokazuje załamania, jakich doznają, traumy które przeżywają i wewnętrzne rozterki. W końcu okaże się, że część z nich jest równie nikczemna jak przeciwnik, z którym walczą, a „jedyny sprawiedliwy” zginie, gdy spróbuje zapobiec planom zagłady wielu milionów istnień.
To w skrócie. Niewiele w tym treści komiksu – ale nawet nie podjąłbym się dłuższej analizy. Od strony formalnej “Watchmen” jest literackim kolażem, w obrębie którego znajduje się komiks właściwy, pamiętniki, reportaże, dziennik, wywiady, “komiks w komiksie” (który, chociaż nie wspomniany w ekranizacji, wychodzi na dvd jako odrębna opowieść) – czyli cały dostatek słowa pisanego zebrany w jednym tomie.
No i przyszła ekranizacja. Psia jej mać i wszyscy inni bliscy. Nie jestem purystą adaptacyjnym. Nie uważam, żeby dobra ekranizacja powinna posiadać wszystkie cechy utworu adaptowanego, z dialogami i wątkami pobocznymi włącznie. Adaptacja jest ciekawa wówczas, gdy wierna jest duchowi powieści, a nie jej literze, liczy się bowiem kreacja, a nie interpretacja, powiedziała Alicja Helman. Prawdę powiedziała.
Zepsuli mi. I to w perfidny sposób. Nie chodzi mi o jakieś wydumane teorie adaptacji, ale po ludzku mi, kurwa, zepsuli. Niby wsio dali: postacie są całkiem nieźle odwzorowane wizualnie (ale charakterologicznie płaskie jak żeberko bakterii!), historia – prawie – też. Ale w rzeczywistości wychodzę z kina i czuję niesmak. Raz, że konwencja, dwa – że bzdura.
Z tą konwencją to kwestia różnic medialnych. Metafizyka w komiksach do ludzi czasem trafia a czasem nie – w zależności od typu komiksu oczywiście. Raczej nie spodziewam się narracji pierwszoosobowej i klimatów noir w przygodach Jonki, Jonka i Kleksa. Z drugiej strony, nie chcę podstawówkowego humoru w komiksach Manary. Ale metafizyka w filmowej superprodukcji komiksowej to głównie kpina i wydumane zdania, w konstrukcji proste jednak na tyle, żeby powtórzył je przeciętny nastolatek. Bądźmy realistami – nikt nie wierzy w wielowymiarowość u wydekoltowanych (super)bohaterek i kolesi biegających w majtkach założonych na getry. No sorry. O ile takie “Sin City” wybroniło się sporą dawką czarnego humoru i surrealizmem wykonania, będąc raczej przeniesieniem komiksu na ekran niż jakąkolwiek adaptacją; o tyle “ramowe” potraktowanie tematu przez Snydera wzbudza politowanie porównywalne z przemówieniem królowej Gorge. Zabrakło ironii i zabrakło dwuznaczności. Dla większości oglądaczy “Watchmen” nie będzie się zbytnio różnił od “Spidermana” czy “X-menów”. Nie ma zimnowojennego klimatu, nie ma asymilacji superbohaterów ze środowiskiem a co najważniejsze… nono? Czego nie ma? Nie ma… hmm… squida.
To jest właśnie owa bzdura. Oględnie mówiąc, squid jest zmaterializowaną abstrakcją, jest koszmarnym dowcipem spłatanym całej ludzkości. Bo, a muszę to napisać, to nie dr Manhattan został “złem wcielonym”; to nie jego energia rozniosła Nowy Jork w strzępy. Moore okazał się wielce przewrotnym autorem – boska potęga dr Manhattana nie zdołała powstrzymać tragedii spowodowanej przez ludzki umysł – choć może raczej “nad-umysł”, gdyż żadna “normalna” jednostka nie byłaby w stanie wymyślić równie cynicznej i rozbudowanej abstrakcji.
W epilogu Dr Manhattan okazuje się równie winny co pozostali Strażnicy, relatywizm moralny dopada wszystkich – tak zwykłych ludzi, jak i wszechpotężnych geniuszy. Zawsze zastanawiało mnie, jak musiał czuć się dr Manhattan, kiedy jego potęga i poczucie boskości w stosunku do ludzkiej rasy zostało zgniecione przez człowieczą wyobraźnię. Jak gorzka musiała być pigułka podana przez Ozymandiasza!
Co więcej, abstrakcja w fabule komiksu uzasadnia rolę Wesołka i celowość jego śmierci. Faktycznie, ten stary wyjadacz ujrzał żart, którego ludzka myśl objąć nie potrafiła. Żart Adriana Veidta, który przyprawił o łzy człowieka, który zabijał kobiety i dzieci. To było mocne! Szkoda, że w filmie, który przecież obfituje w brutalne sceny, zabrakło najmniejszej szczypty cynizmu; próby spojrzenia na “boski plan” Ozymandiasza, który przez stworzenie squida (i Bubastis) sam urasta do rangi boga. Dostaliśmy tylko kolejną moralizatorską historyjkę z jasno rozpisanymi rolami dobra i zła. Jasne, jest tam jakaś popłuczyna po relatywiźmie, ale przecież i tak wiemy, kto jest dobry a kto zły.
Zakończenie wzbudza nadzieję. Świat się dowie o wszystkim. O ile jednak komiks pozwala się zastanowić jaka będzie reakcja świata na publikację dziennika Rorscharcha; o tyle film, całą swoją formą mówi: “będzie dobrze, nie pękajcie!”. Czyli happy jak zawsze.
W skrócie: nie znasz i nie interesuje cię poznanie komiksu? Idź do kina, dostaniesz zgrabną historyjkę o bohaterach w maskach, nieco mroczniejszą niż przygody Petera Parkera, ale mniej widowiskową niż chociażby 300. Jeśli masz jakieś większe oczekiwania – znajdź sobie coś innego do roboty. Nie stracisz.
Kino z tezą.
Kiedyś było łatwo: była cenzura, był komunizm a teza była prosta: pokazać indywidualizm, podkreślić ideę wolności i uprzytomnić widzom, że gdzieś, tam, na Zachodzie, musi być jakaś cywilizacja. Polska Szkoła Filmowa może się podobać lub nie, ale o konformizm, choćby gwoździe z nieba leciały, oskarżyć Wajdy, Hasa czy Konwickiego się nie da. Teza była.
Oczywiście nie jestem pionierem w tym twierdzeniu, ale uważam, że polskie kino skonczyło się razem z komunizmem. Niestety. Przyszła transformacja i nastało gówno. Gówno ciągnie się wciąż i wciąż. I końca nie widać. Zabrakło tezy? Nie. Zwyczajnie się, szmata, przewartościowala.
I teraz czas na wielkie oburzenie audytorium. “Jak to gówno? A co z Cześć Tereska, Komornikiem, Placem Zbawiciela, Rysą – żeby tylko kilka znańszych wyśpiewać. Toż to perły albo prawie że!”.
Powinienem tu zarzucić statystykami, ale po co, skoro wszyscy umiemy myśleć. Spróbujmy sobie przypomnieć jakie polskie filmy z ostatniej dekady przyciągnęły do kin najwięcej widzów. Wyniki są wspaniałe: lektury, filmy o księżach i pierdolnięte komedie. Co za fe-no-me-na-lna trójca! Kulturalna strawa dla mas, kurwa mać. Nic tylko żreć popcorn, chlać colę i mieć “poczucie obcowania ze sztuką” oglądając Karola, Świadectwo czy innego złotego cielca. A spróbuj się odezwać i powiedzieć, że to szajs – “pojebało cię? ty satanisto ty! nic tylko mordowanie byś oglądał albo filmy o facetach w łódce którzy kochają się w małych chłopcach! zboczeńcu ty!”. I coś w tym guście. Najważniejsze jest to – bo ja już umywam ręce od dyskusji na temat powyższych filmów – że na koniec pada teza-klucz: “pozwól ludziom oglądać co chcą”- a wtedy ja, skromnie, odpalając papierosa zamiast kaganka oświaty, grzecznie i kulturalnie wycofuję się z dyskusji, częstując rozmówcę staropolskim “wal się na ryj”.
Myślę, że producenci zdają sobie sprawę z powyżej tezy. I czuję się gwałcony w oczy, za każdym razem, kiedy widzę reklamy kolejnych “żeńskich | męskich odpowiedzi na…”; “największych miłości roku objawiających się w…” i innych Adamczyków i Trzebiatowskich. Ale niestety, jestem w grupie “festiwalowej”, niszowej i niewiele znaczącej w wielkich marketingowych planach naszych – pożal się Boże – producentów.
Jedyna słuszna teza polskiego kina na chwilę obecną jest tak daleka od założeń Szkoły Polskiej jak filmy Kiarostaniego od wszystkich Scary Movies razem wziętych. Brzmi ona coś jakby idiocina idzie do kina, popcornem zapchana jego głupia mina. Nie wkurzaj się na mnie, romantyczny elektoracie, bo nikogo nie obrażam. Ja tylko szukam tezy. Ja staram się lubić kino, naprawdę. Szukam rozrywki, oczywista wszak to oczywistość, ale chociaż troche podszytej logiką. Film, który powstaje na fali popularności “Tańca z gwiazdami”, który ma w środku taniec – i to wszystko co ma – jak dla mnie za mało. Film, który, na przekór wszelkim zasadom logiki, łączy elementy dewocji i z dupy wziętej metafizyki, tylko po to, żeby po raz kolejny przyciągnąć do kin fanatyków “naszego papieża” – czy to nie powinno być zakazane przez prawo? A nade wszystko niezliczona lista – za przeproszeniem – komedii, które za bohaterów mają skretyniałych japiszonów i cycatosmutnookie modelki o gołębich sercach, ukazujące “normalne mieszkania” (zwykle 100metrowe apartamenty w centrum Warszawy) i “normalny styl bycia” (restauracje, teatry i wycieczki do ciepłych krajów)…
Z drugiej strony, ludzie wierzą też w jednorożce.
Spotkajmy się w tefałenie czyli jaki kraj taki crossover.
Dla mniej wtajemniczonych: o crossoverze mówimy, kiedy na łamach komiksu spotykają się postacie z różnych, zupełnie odmiennych światów. Superman i Batman. Kapitan America i Iron man. Avengers i Xmeni. Kajko i A’tomek. Etcetra. Zwany czasem “sałatą”, ze względu na ilość skladników wrzuconych do jednego naczynia. W amerykańskim komiksie crossoverów jest jak mrówków, w polskim nieco mniej.
Za to polska telewizja, zwłaszcza ta szatańska i masońska, zaczyna zamieniać się w jeden wielki crossover. Już od czasów jesiennej Imogen Heap temat ów w głowie mi kołacze; a wczoraj, przy kolejnej odsłonie wiosennej Lenki uderzył we mnie z siłą wodospadu czy innej kałuży.
Teraz powinienem napisać: “co prawda, nie oglądam telewizji…” bo to takie lanserskie i w ogóle cool ale szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi. Wolę, co prawda, pobiegać po mapie King’s Bounty czy w korytarzykach USS Ishimura; wolę też jakość obrazu DVD od telewizyjnego obrazu spod znaku pokojowej anteny, dumnie wyglądającej spoza mojej firanki. Czytadła z Fabryk Słów też wolę. No, ale czasem przychodzi ta pora, kiedy na litery patrzeć się nie chce, 19 dobija, kolacje się je i tego Durczoka człowiek ceni bardziej niźli losy bohaterów książek Piekary. No i czasem trzeba zerknąć bo pod kumpla domem kręcili W11.
I teraz cenna rada dla wszystkich dyletantów: nie lubicie telewizji, ale czasem brakuje argumentów i przydałoby się bluzganie na tvn poprzeć argumentem? Włączcie sobie ów masoński kanał o 19, na godzinę. Zaręczam, że o 20 wszyscy zorientują się, co się w tefałenie dzieje. Fakty, Uwaga – pal licho, najsmaczniejsze jest pomiędzy.
10 minut – tyle czasu potrzeba, żeby załapać najpopularniejszy polski crossover wszechczasów. W11 vs Detektywi, Niania Frania vs Taniec z Gwiazdami, Kochaj i tańcz (Taniec z Gwiazdami vs Teraz albo nigdy)… a nad wszystkim króluje sympatyczna skądinąd zapowiedź wiosennej ramówki, miksująca “bohaterów” świata TVN w jednym zeszycie… przepraszam, spocie. To, że bohaterowie badziewni – mało znaczące. Tak mnie się coś zdaje, że co jest sygnowane niebieskim kółeczkiem – od Detektywów wszelakich po cierpiących Popiełuszków i tańczących Damięckich – to przykład na to, że polskich aktorów powoli można zastępować innymi człekokształtnymi. O tych przynajmniej na Pudelku nie przeczytam. A to, że programy stare i wyświechtane – who cares? Najważniejszy jest błysk. I widzowska mentalność – wszystko, co lubię, zmieszane w jednej misce.
Żeby nie było – ja hamerykańskie crossovery uwielbiam – od “X-Cutioner’s Song” po “Civil War“. Zdzierżyłem nawet “Accessa“, chociaż tu poziom abstrakcji chyba mnie przerósł. Ale postacie z komiksów mają swoje prawa. Mogą wyolbrzymiać i symbolizować apostołów, chłopaków z Samoobrony czy woźnych z podstawówki. I chuj, jakby napisała pewna dolnośląska gazeta. Ale naiwność tefałenowskich fabuł powaliłaby na ziemię nawet stuletnie drzewo. A widząc – pożal się Boże – tzw aktorstwo, stuletnie drzewo spaliłoby się ze wstydu do ostatniej szczapy. Już pomijając wypaczenie idei naturszczyków przed ekranem – czy nikt, kurwa, nie zauważa, że jest intelektcko dymany?
Piło się kiedyś spirytus i piło nalewki. Jakoś to szło, ale z tamtych czasów najlepiej pamiętam, że zapijanie jednego drugim, kończyło się smętnym wyrzucaniem zarzyganych swetrów lub inszych itemów. Mieszanie jednego z drugim upadlało wątrobę gorzej niż niejeden przeszczep. Obecne tefałenowskie miksy upadlają mi głowę zamiast wątroby, ale nie czuję się z tym wcale lepiej. Wątrobę gwałciłem dobrowolnie, głowę z musu. TVN najmniej mi śnieży.
Czyżby marzec?
A ja ciągle jestem na etapie zaczynania. A takie plany były. Ech. Nic to. W sobotę Watchmen, tuszę że się ruszę. Chciałem napisać o Slumdogu ale wszyscy piszą o Slumdogu. Chciałem o Benjaminie Buttonie, ale mnie odrzuca. Tzn pewnie jest obejrzalny, ale spacer w kierunku kina w celu powyższym owocuje zniechęceniem i zmianą kierunku w stronę monopolowego.
Żeby nie było: lubię Finchera. W sumie to lubię wszystko, najbardziej pomidorową i kulturę masową. A jednak o Benjaminie Buttonie nie napiszę nic. O pomidorowej też nie napiszę nic. O ostatnim Punisherze już pewnie mógłbym więcej, chociaż sporo w nim z pomidorowej – głównie kolorystycznie. W sumie opisywać filmu słowami: “strzelał, ciął, rąbał, zabijał a na końcu przytulił” się nie godzi, więc odpuszczę. Idą Watchmeni a ja jestem z tych co watches the watchmen. I pewnie się zawiodę jak inni co watches.
Znalezione na premiere.com: Sure, there will be some fans upset that the ending doesn’t exactly replicate what’s in the book, but the whole thing works, especially for the non-comic audience. Oczywista oczywistość.
Przydałaby się, kurde, wersja dla comic audience.
Wracam z buta. Abstrakcja.
I wtedy, niczym łopata z jasnego nieba, spada na ziemię fioletowym blaskiem świecący kormoran.
Kormoran? Moran który mówi “Kor”, spytacie? Otóż nie, myślałem raczej o zjawisku astronomicznym nie opisanym naukowo ani tym bardziej klasowo. Zjawisko to, niezależnie od opcji politycznej, wyznania i koloru obuwia jest pojęciem czysto teoretycznym, podobnie zresztą jak zjawisko spadania niczym łopata z jasnego nieba. Kiedy zachodzi? Nie, nie przy zachodzie słońca i nie przy ciąży; to zupełnie nowy sposób zachodzenia, nieuwarunkowany warunkami nieuwarunkowania. Tyle tytułem wstępu, ważne, że wszyscy mnie zrozumieli.
Kormoran leci
(leeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeecibum)
i uderza o ziemię. Nie tak, żeby się zabić albo nawet zabić kogoś, dajmy na to panią z warzywniaka, po prostu sikiem parabolicznym, z przyspieszeniem równym własnej masie (a może to masa indiańskiego szamana?), jego celem jest ziemia, która z natury celu nie posiada, jednak kormoranowi to nie przeszkadza, o nie, czuje się (on) uderzony o ziemię a nawet bardziej, mniej więcej tak, jakby oberwał młotkiem do zbijania karmników, ale od dołu, chociaż, paradoksalnie, został (on) uderzon od dzioba, czyli od góry. Chaos kosmosu jest, jak widać, nie do ogarnięcia. Nawet ogarnięty jest nieogarnięty, jego jestestwem jest nieogarnięcie wynikające z jego nieogarniętego jestestwa, przekłada się to zwłaszcza na kormorany i ich wzloty a nawet upadki. Zwłaszcza upadki.
Kormoran uderzony od dołu czyli od góry sprawia wrażenie nieogarniętego, stłamszonego swoim upadkiem, tak jakby upadek miał wpływ na jego ego a może nawet oba. Kręci się, kołuje, śpiewa zapomnianą piosenkę o spadających z nieba kormoranach, ten cykl determinuje chwilę upadku, determinuje jego fioletowość, także wpływa na aborcyjne poglądy następnego papieża, który przecież nie wie, że papieżem zostanie. A może wie? A może już to przeżył? A może wie, że będzie, bo kiedyś już to widział, gdzieś tam, w reminescencji przyszłości, ale zapomniał, że wie bo takie są prawa kosmosu? A może to kormoran będzie papieżem? W końcu, nie bez powodu jest w kolorach adwentu. I jeszcze błyszczy.
Zostawmy jednak świetlistą przyszłość kormorana i skupmy się na wyraźnej chwili obecnej. Kormoran zdaje sobie sprawę z logiki kosmosu, wie, że tradycją fioletowym blaskiem świecących kormoranów jest spadanie niczym łopata z jasnego nieba, najlepiej na nas. Wie, jaka jest jego przyszłość, rozmyślania o byciu papieżem, uderzenie od góry czyli od dołu i widok zagadkowego znaku na ziemi, na tej ziemi na ktorą wpada i dziobem, jakby oberwał młotkiem do zbijania karmników, uderza. Znak zagadkowy ma wygląd internetowego bannera na którego tak usilnie oczekuje narrator, jest równie świecący i fioletowy jak kormoran. Znak zagadkowy jest kluczem do interpretacji wyjścia, tego zagadkowego działania, powodującego zagadkowe przemieszczanie się narratora w zagadkową stronę słońca, w stronę domu. Klucz otwiera drzwi, drzwi ukazują wyjście. Drzwi są zamkniete.
Kormoran chwiejnie podrywa się do lotu. Leniwie rozpędza się, rozgląda na boki, na kąty, na płaszczyzny, których umysł kormorana nie ogarnia. To jednak nie umysł kormorana odpowiada za podrywanie się do lotu, tak jak nie odpowiada za podrywanie kormoranek płci żeńskiej oraz każdej innej. Kormoran ma skrzydła, chociaż, jako zjawisko jest mało materialny i kormoran i skrzydła. Kiedy jednak niematerialny kormoran, rozpatrywany fenomenologicznie spotka niematerialne skrzydła, rozpatrywane w teorii ontologicznej, jest szansa, że wzniosą się wspólnie w powietrze. Tak się działo wcześniej i tak dzieje się i tym razem, kiedy niematerialne ontologicznie skrzydła podrywają niematerialnego fenomenologicznie kormorana do lotu. Leniwie rozpędza się ale już nie rozgląda i leci w górę rozpoczynając krążenie. Krąży krew i krąży kormoran, fioletowym blaskiem oświetlając zagadkowy znak o wyglądzie internetowego bannera.
Mija chwila. Czym jest chwila dla wszechświata i kormorana, nawet jeśli trwa więcej niż chwilę? Kormorany patrzyły na Początek i będą patrzyły na Koniec, kiedy nie będzie już wszechświata, papieży i młotków do zbijania karmników. Czy to aby nie był ruch? Czy klucz do interpretacji wyjścia tak jakby się nie przekręcił? Czy spod otwierających się drzwi nie spoziera nowy wszechświat, nowy klucz do zinterpretowanego wyjścia? Kormoran niczym fioletowa strzała uderza w drzwi, przelatuje przez znak zagadkowy o wyglądzie internetowego bannera i doznaje tak często opisywanego przez poetów uczucia beznadziei i strachu przed rachunkiem za światlo. Po drugiej stronie kormoran odnajduje wszechświat lustrzany, z podobną wielowymiarowością, żąglującym indiańskim szamanem i malarskim młotkiem do zbijania karmników. Klucz do interpretacji wyjścia jest zreinterpretowanym kluczem do interpretacji wejścia a zagadkowy znak wciąż ma wygląd internetowego bannera. Kątem oka, bokiem siatkówki i płaszczyzną źrenicy kormoran dostrzega wymykającego się chyłkiem narratora, który skorzystał z klucza do interpretacji wyjścia i pędzi co sił w zagadkową stronę słońca, w stronę domu. Kormoran chce wrócić, zdążyć przelecieć przez zinterpretowane wyjście, rozpędza się i gna w dól, który prawdopodobnie jest górą, chociaż tego nie wiem ani kormoran, ani papież, ani narrator, ale to wyjście jest już zreinterpretowane, już jest zamknięte a został po nim jedynie zagadkowy znak o wyglądzie internetowego bannera. Narrator zniknął i wszechświat, w którego lustrzanym odbiciu znalazł się kormoran fioletowym blaskiem świecący, zniknął, zamknął się na wieki, a przynajmniej do następnego akapitu. Kormorany jednak nie umieją hamować.
I wtedy, niczym łopata z jasnego nieba, spada na ziemię fioletowym blaskiem świecący kormoran.