Wyznania eskapisty: o mój Boże, zakochałem się w Pandorze!
Oniemiały. To dobre słowo. Tak właśnie się czułem po wyjściu z “Avatara” Jamesa Camerona.
Po powrocie do domu poczytałem sobie kilka recenzji – kurczę, patrzę na niektóre zarzuty dotyczące wtórności i banalności fabuły to w skrytości ducha gratuluję sobie umiejętności rozróżnienia kina rozrywkowego od artystycznego. Równie dobrze można o brak oryginalności oskarżyć każdą bajkę w której – a bo ja wiem? – bohaterka ucieka przed czarownicą, rzucając za siebie grzebień, lustro i inne takie.
Po wstępie widać już chyba, że film mi się podobał. Mało tego! O mój Boże, zakochałem się w Pandorze! Co prawda, trailer nie zapowiadał cudów (chociaż marketing wokół samego trailera – już tak), ale i tak wiedziałem, że filmu nie odpuszczę – milionowa zadyma w reżyserii Camerona? Takich kąsków nie można zostawiać na talerzu. Ewentualnie można liczyć się, że taki kąsek może być ciężkostrawny – czego się zresztą spodziewałem. Dostałem perełkę.
Mnie samego dziwi mój bezkrytycyzm. Przez chwilę się zastanowiłem: czy byle fajerwerk wbija mnie w fotel? Nie, z 2012 wyszedłem zniesmaczony. Transformersów już zapomniałem. Innych ubiegłorocznych superprodukcji nie pomnę. Dla Avatara chcę sobie kupić PS3 żeby następnym razem obejrzeć go w Blue-ray’u. Są w tym filmie nielogiczności, jest banał i jest patos (którego nie znoszę), są schematy, które znamy od wieków – ja się z tym wszystkim zgadzam. Ale już od dawna, nikt mi nie sprzedał starej bajki w tak oszałamiającej oprawie jak Cameron w “Avatarze”. Dzielny kaleki marines (200 lat temu: dzielny biedny szewc) ratuje bajkowe królestwo przed złym czarownikiem (uzbrojonym w magiczny ogień) a w zamian dostaje nowe życie, królestwo i córkę króla za żonę. Bajka stara jak świat a ludzie się czepiają, że fabuła leży?) Oczywiście, że to sztampa, te wszystkie schematy, zły wojskowy, bezwzględny szef korporacji, niechętny bohaterowi brat/prawie narzeczony jego lubej, Michelle Rodriguez jako twarda_ale_do_rany_przyłóż pilotka – ale każda bajka charakteryzuje się powtarzalnością i zwielokrotnieniem symbolu, zazwyczaj po to, aby jak najbardziej wbić widzom/czytelnikom do głowy, gdzie jest miejsce Dobra a gdzie Zła i po czyjej stronie ma leżeć sympatia odbiorcy.
Wizualnie czuję się powalony na kolana. Jeśli kiedyś ktoś zastanawiał się nad znaczeniem słów “feria barw” – to niech zakłada okulary i pędzi do kina 3D. “Avatar” jest oszałamiająco kolorowy, rozbłyskujący setką świateł i zamieszkany przez pstrokate stwory. Flora i fauna Pandory; ba! – cała przyroda i geografia tej planety to pięknie kolorowane, całkiem oryginalne panoramy i stworzenia. Nie jest to może jakiś super spójny świat fantasy (chociaż ma wszelkie predyspozycje żeby takim się stać), ale wystarczająco konsekwentny żeby widz nie poczuł się ogłupiony czy zniechęcony. Natomiast wizualnie przebija chyba wszystko co widziałem do tej pory włącznie z “Między piekłem a niebem” Vincenta Warda.
A oglądanie tego filmu w okularach było (oczywiście subiektywnie) prawdziwie magicznym przeżyciem. Oglądamy historię człowieka, który przenosi się do innego, lepszego świata za pomocą technologii. Ja, jako widz, który przeniósł się do innego, lepszego świata za pomocą okularów 3D (zdejmowaliście okulary podczas seansu? jakbym gwiezdne wrota przekraczał
) byłem wręcz urzeczony podobieństwem percepcji moim i bohatera filmu. I podobnie zawiedziony powrotem do świata “ojczystego”.
Tak więc pozachwycałem się i zupełnie nie mam ochoty obdarzyć “Avatara” krytyką, bez wątpienia zasłużoną. Tak, wkurzał mnie trening Jake’a podczas którego zachowywał się jak rasowy “ziemski” kretyn; tak, wkurzała mnie infantylna krótkowzroczność szefa korporacji, który chciał przesiedlać Na’vi; tak, taktyka wojsk Jake’a była kompletnie idiotyczna, od początku (frontalna szarża na mechy?!) do końca (dlaczego nie nastąpił zmasowany atak na jednostkę przewożącą ładunek na początku potyczki?). Ale w perspektywie calości, ja, jako fan światów alternatywnych, czułem się w pełni zaspokojony. Eskapizm, który na co dzień ukrywam gdzieś w zakamarkach umysłu, na “Avatarze” wypłynął przez gruczoły potowe a jego zapach czuję do tej pory. Ja muszę tam wrócić!
Od gier komputerowych młodzież pije, pali i śmierdzi*. “Gamer”.
Och, wiem, że ten film jest niemiłosiernie płytki i bzdurny. I historia i wykonanie wołają o pomstę do nieba. Leży wszystko: od logiki świata przedstawionego, przez bezlitośnie oskalpowaną narrację do samej puenty wziętej, chociaż rozbrzmiewającej gdzieś daleko i dawno temu, w odległej Galaktyce, z Orwella, który zasłużył zdecydowanie na lepsze traktowanie. Pręży się Leonidas, pręży się Terry “Prezydent. Wrestler. Gwiazda Porno. W jednym.”** Crews (i to jak! aż się ekran trzęsie!) i pręży – czy raczej majta – się sam sławny Dexter, którego “gamerową” subtelność aktorską wypada porównać do subtelności ciosu łopatą. Ok, ok. Jest źle i głupio.
I co? I już? Zjechane i koniec? Nie, tak się nie robi. Fajnie napisać złe słowo o złym filmie, ale może pogimnastykować trochę umysł? Pomyślmy…
Ok. Wiemy, co było źle. Ale czy wszystko? No dobra, na ekranie może i wszystko. Ale znalazłem jedną, zakulisową myśl, którą zamierzam rozwinąć.
Od samego początku istnienia tego filmu słyszało się, że jest to film związany ze środowiskiem gier komputerowych. Po obejrzeniu: owszem. Wnioski nie są za wesołe – Strasznie Zły i Żałośnie Komiczny Geniusz – Samotnik (pewnie wychował się na football managerze) zmusza cały świat do grania w Counter Strike’a albo w Simsów. Tylko, że, proszę ja was, potencjalne możliwości obu gier rozbuchał ów SZiŻKG-S do granic perwersji. Seks, przemoc, rozpryskujące się mózgi – a za sterami “dziane nastolatki” albo “obleśne grubasy”. I tak, myly państwo, stereotypy graczy komputerowych utknęły w cementowych butach na wieki.
No bo wiadomo: co złego to gry, nic odkrywczego. Nastolatki strzelają do nastolatków? Nagrały się, gówniarze, w zabijanie to i na żywo popróbować chcą. Znowu: wiadomo. Oczywiście idąc tym tokiem rozumowania powinniśmy dojść do wniosku, że w Afganistanie i w Iraku nic innego nie robią tylko grają w strzelanki. Ci z mafii też się nagrali, gnoje. I z policji. I z wojska.. ależ nie, przepraszam – takie strzelanie jest usankcjonowane prawem. Czy innym dziwnym słowem. Gracz to nic innego jak faza przedwstępna mordercy i z tym liczyć się trzeba. Drżyjcie matki i groby kopcie swoim (przed)kryminalnym pociechom! Bo wiadomo, że zaprogramowane to tak, że jak zastrzeli, to później musi siebie. Inaczej zwykłym cziterem jest. Ale abstrahując.
To, że “Gamer” w ów nurt się wpisuje – cóż, chyba nikogo tym stwierdzeniem nie zaskoczyłem? Tylko co, jeśli napiszę, że “Gamer” pokazuje, że gracze komputerowi to nadzieja świata na niezatracenie się w swoim pędzie do debilizmu i perwersji**? ? Kamienie się posypały? Jeszcze nie? To ja lecę dalej.
Społeczeństwo “Gamera” to plastik. Korzystają z dobrodziejstw wirtualnej rzeczywistości, która wirtualna być przestaje. (tu gracz komputerowy po raz pierwszy myśli: wtf? przecież to bzdura!). Ci sami, którzy kiedyś nie mieli pojęcia jak ułożyć pasjansa, teraz obślinieni, macają ludzi “wgranych” w wirtualną rzeczywistość (tu kłania się gracz i jego drugie: co kutwa? ), osiągają na wpół wirtualne (chyba?) orgazmy i cieszą się jak Joker po gazie rozweselającym na samą myśl o perwersjach, jakie swoim “podwładnym” mogą zgotować. Poczucie władzy nieograniczonej, można zrobić wszystko – więc zaczyna się od podłości. Ludzka natura czy jak?
Tyle, że są ludzie, którzy podejdą do takiej potencjalnej przyszłości z niesmakiem. Gracze właśnie. Bo dla gracza nie liczy się poczucie władzy nieograniczonej, ale cel. Być najlepszym. Poprowadzić swoją postać lepiej niż inni. A gdzie na to miejsce w Sims(um) Perwers(um)? Nie znam gracza, którego celem byłoby stanie się “największym gwałcicielem w rozgrywce”. Oni – my – do tego nie dążą.
Rozwałka? No to już trudniej. W czasie, kiedy Modern Warfare Drugie bije na łeb na szyje wszelkie rekordy sprzedaży bez względu na platformę twierdzenie, że gracze nie lubią strzelać do siebie wzajemnie może być trudne do obronienia. Albo mogłoby gdyby – uwaga uwaga – gracze nie mieli trzeźwego rozdziału na to, co wirtualne a to, co prawdzie. A mają. I nie wychodzą po dwudziestu fragach na ulicę, żeby kolejne zdobywać w metrze czy innym tramwaju. Bo gracz – bez względu na różne bzdury ogłaszane wszem i wobec – to jednak rozsądna jednostka jest.
Wyobrażam sobie scenę przebudzenia graczy komputerowych w przyszłości zaproponowanej przez “Gamera”. Pełne niedowierzania pomruki “jak ci ludzie do tego dopuścili?”. Łapanie się za głowę – “jak to się stało, że ci nie-gracze tak się upodlili?” Wyjście z cienia, może bez trzymania się za ręce (wszak to “Gamer” a nie “Gaymer”) ale kubek w kubek jak tu. I próba zwrócenia tych oślinionych kretynów i pazernych szczeniaków w stronę świata. Tego, w którym naprawdę żyją ludzie.
Naciągane? Jasne, wszak to o “Gamerze”!
* to nie moje, to wilqa
** czyli jedna z ciekawszych postaci doskonałej odtrutki na “Gamera” – “Idiokracji” ręki (scenariopisarskiej) Ethana Cohena.
*** co ciekawe, “bandyci” są zazwyczaj nieletni ale już “perwersów” poniżej 20tki się nie spotyka. prawie jak w życiu tylko że zupełnie inaczej.
Skąd w ludziach tyle zła, że używają różowego koloru? Dygresja.
Refleksja krąży w krwi mojej już od czasu dłuższego; urodziła się po obejrzeniu Powrotu do tajemniczego ogrodu Michaela Tuchnera a przypomniałem sobie o niej dzisiaj przy balkonowym papierosie i smętnych wizjach losu naszych córek w świecie Hannah Montana i High School Musical (chociaż, jak źródła poinformowane mówią, to drugie popada w powolne zapomnienie). Tak wiele się mówi o eskalacji przemocy w bajkach i baśniach, o nieodpowiednich treściach – czy to w sferze obyczajowości czy etyki. Każdy chyba zetknął się z krytyką “South Parku” czy “Włatców Móch”. Nie mam ochoty dołączać jako kolejny głos w tym sporze, wolę zdać się na inteligencję i zaangażowanie rodziców, którzy powinni zdawać sobie sprawę, że nie wszystko to, co animowane i nie wszystko to, w czym występują dzieci, szufladkuje się jako kategoria bez ograniczeń. Poza tym, ja zupełnie nie o tym.
Trzeba przyznać, że wygodnie jest robić tzw. „kino familijne” – bez względu na to, jaki chłam zostanie nam przedstawiony, zwyczajnie nie wypada go mieszać z błotem. Wszak to kino dla całej rodziny, najlepiej trawione w leniwy, niedzielny poranek – więc, prosimy, bez zbyt ambitnych treści. Landrynkowe wersje i tak już ugładzonych baśni braci Grimm; lekkostrawne klasyki Disney’a, niemożliwie różowa seria o przygodach Barbie czy przygody (phi!) głupkowatych nastolatków z Hannah Montana – tak prezentuje się „poprawne politycznie” kino dla młodego widza. Poprawne – bo nie niesie za sobą kontrowersyjnych treści, nie prowokuje, a problemy, o ile w ogóle się pojawiają w fabule, są rozwiązywane w bezrefleksyjny sposób.
Wytłumaczcie mi zatem: dlaczego taka forma mamienia młodego widza jest w pełni akceptowana społecznie? Dlaczego trywializowanie wydarzeń, niemiłosierne spłycanie narracji i prezentowanie ogranych postaw i archetypów otoczonych lukrową polewą jest takie dobre dla dziecka? Ja naprawdę z dużą tolerancją podszedłem do filmu Tuchnera, ale kilkunastoletni wychowanek sierocińca próbujący obalić tezy „Studium historii” Toynbee’go to pomysł wołający o pomstę do nieba. Sam sierociniec wygląda zresztą na ekskluzywny staroangielski hotel, ale „biedna sirotka” z Ameryki (której głównym chyba zadaniem w filmie było akcentowanie „popsutego przez Amerykanów” angielskiego – żałuję tylko, że nie rapowała) mieszkająca w “skromnym” pokoju wielkości przeciętnego M-2 od razu wykazuje nierealność opowiadanej historii i wzbudza uśmiech politowania na naszych wargach.
Pragnę zauważyć, że między bajkowością a nierealnością jest równie wielka różnica co pomiędzy pluszowym fotelem a krzesłem elektrycznym. Piramidalne bzdury, jakie serwuje nam reżyser w obrębie świata przedstawionego nijak mają się do magii tajemniczego ogrodu, która zanika z powodu opuszczenia miejsca. Jak długo jeszcze będzie pokutował pogląd, że dwa zajączki, lis i jelonek to zupełnie wystarczające zobrazowanie „magiczności” ogrodu?! Poza tym, pojawiające się i znikające (z wielką pompą) drzwi do ogrodu są jeszcze jednym elementem, który z powodzeniem rujnuje jakikolwiek czar tego niewątpliwie urokliwego ogrodu.
Daruję sobie konkluzję – dosyć, że podobnymi sytuacjami naszpikowane są wszelkie współczesne adaptacje Królewny Śnieżki, Jasia i Małgosi a nawet Alicji w Krainie Czarów. Są całkowicie pozbawione jakiegokolwiek elementu refleksji; ztrywializowane; podane w przesłodzonej polewie. Przykro mi narzekać, ale naprawdę stęskniłem się za widowiskiem telewizyjnym chociażby porównywalnym do magii wszelakich opowieści z Avonlea. Tymczasem twórcy idą w zaparte – operują tymi samymi scenariuszami i tymi samym archetypami. Wiecznie poszukujące miłości księżniczki, szukające akceptacji sierotki czy niezrozumiali przez towarzyszy buntownicy. A każde z nich ma osiem lat.
Pojawienie się – nazwijmy to – „animacji postshrekowskiej” wzbudziło dyskusję o celowości euhemeryzacji baśni; o tym, czy bajki wciąż są tylko dla dzieci. Tylko czy one kiedykolwiek były tylko dla dzieci? Cóż, czasem mam wrażenie, że część twórców filmów dziecięcych niezmordowanie stara nam się to wmówić.
Dziecko przed telewizorem nie jest odbiorcą krytycznym. Nie jest w stanie wykryć niedoskonałości fabuły ani powtarzalności motywów w treści. Rodzicom wystarczy to, że się na ekranie „nie leje krew i że nie ma scen łóżkowych”. Czy poza zabijaniem czasu, te filmy wciąż są warte uwagi? A nawet jeśli nie – czy ktokolwiek zwróci uwagę na takie niuanse?
A może zwyczajnie warto poczytać dziecku książkę?
Powtórka z rozrywki? Słów kilka o “Hobbicie”.
Pozwolę sobie wrzucić tutaj tekst o najciekawszej i najstarszej na świecie grze logicznej: gdybaniu. “Hobbit” Del Toro się zbliża wielkimi krokami, a wiadomości o nim mniej niż o “Robin Hoodzie” Ridleya Scotta. Zresztą, sam del Toro trzyma język za zębami twierdząc, że he couldn’t say too much as Warner Bros. had a sniper in the building monitoring his every word.. Jako odmiana człowieka zwana “tolkienowskim fanem” kiedyś gdybania takie rozpoczynałem, ale czas to nie korek na Nowohuckiej – w miejscu nie stoi.
Myślałem – czy raczej gdybałem – sobie, jak wielu ludzi uważa “Władcę Pierścieni” Jacksona za zbyt odstający od treści literackiego pierwowzoru – heroiczna Arwena, Bombadil (a raczej jego brak), Haldir w Rogatym Grodzie czy smętny los Czarnego Numenoryjczyka aka. Usta Saurona – wymieniam te najbardziej sporne elementy, a przecież jest ich znacznie więcej. A jednak – uważam – jacksonowska Wojna o Pierścień jest w wielkim stopniu zbliżona do pierwowzoru, zarówno treścią jak i “duchem”; wizja PiDżeja jest spójna i czasem nawet zbyt dosłowna. I tak patrząc na wyczyny bloomopodobnych elfów i woodzącopodobnych hobbitów – zastanawiam się, jak ludzie zniosą scenariuszowe akrobacje w “Hobbicie”.
Nie oszukujmy się: filmowy “Hobbit” musi nawiązywać do historii Pierścienia w stopniu znacznie większym niż książka Tolkiena. Mam niejasne wrażenie, że Jackson – a traktuję go jako twórcę “Hobbita” w stopniu nawet większym niż Del Toro – o tym wie i niespieszno narażać mu się milionom fanów, wprowadzając wątek – a bo ja wiem? – zaręczyn Aragorna z Arweną. Wydaje mi się, że Jackson miał w ostatniej dekadzie szansę na zapoznanie się z konserwatywnością tolkienistów (nie twierdzę, że to domena tolkienistów; chyba każda pasja opiera się na ślepym wręcz przywiązaniu) i nie chce przeciągać przysłowiowej struny. A kontrowersji przy “Hobbicie” będzie sporo: od obsady do treści, co postaram się tu opisać.
1. Bilbo z innej bajki, czyli dlaczego powinniśmy się pożegnać z Gandalfem.
Jak dziwne i bolesne (dla niektórych) będzie to twierdzenie, to obsada powinna ulec zupełnej zmianie. Aby zachować jakikolwiek realizm świata prezentowanego, trzeba trzymać się jednego z dwóch rozwiązań: albo pozostawić wszystkich aktorów z Władcy Pierścieni – czyli Gandalf, Bilbo, Elrond; albo zupełnie zrezygnować z ich usług. Ponieważ szczerze wątpię w zaangażowanie Hugo Weavinga w sekwencję trwającą od 5 do 10 minut (aczkolwiek pogłoski mówią co innego); równie poważnie zastanawiam się, czy odmładzanie Iana Holmesa wyjdzie na zdrowie i jemu i nam – taką opcję wolałbym odrzucić. Mieszanie obsady “starej” i “nowej” zupełnie zburzy logikę świata przedstawionego; chyba każdy widz odczuje pewnego rodzaju dyskomfort, kiedy okaże się, że część postaci wpasowuje się znaną już widzowi rzeczywistość – a część bohaterów będzie “obca chociaż znajoma”.
Najlepszym rozwiązaniem wydawałoby się zatrudnienie aktorów nowych i świeżych – takich, którzy nie dadzą się zaszufladkować poprzednimi rolami. I to nie powinno być trudnym zadaniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że lwia część obsady będzie ucharakteryzowana do niemożliwości. Niestety (a może -stety?), wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że “Hobbicie” pojawią się aktorzy znani i lubiani. Ian McKellen to chyba pewniak. Mortensen wyraził zainteresowanie. Imdb.com przypuszcza, że w roli Thorina pojawi się… Ron Pearlman (którego, chociaż uwielbiam, bardziej widziałbym w roli trolla). Cóż, poczekajmy do prawdziwych nominacji.
Zresztą, w przypadku obsady – jakiejkolwiek zresztą – pojawia się tu kolejny problem: przyzwyczajenie widza. Jacksonowskie elfy świecą anielską niemal poświatą, orkowie z powodzeniem mogliby występować w sequelu “Martwicy mózgu”; krasnoludy są małe, krzepkie i… równie brzydkie jak orkowie. I niech mi ktoś wytłumaczy, jak uciec od jacksonowskich stereotypów i jak zatrzymać widza w kinie, zmuszając go do ciągłego oglądania czeredy 14 paskudnych twarzyczek głównych bohaterów? I jak przekonać niezorientowanego widza, że tolkienowskie krasnoludy nie mają za zadanie jedynie rozśmieszać widowni, co tak usilnie starał się przekazać nam Jackson? Jeśli Del Toro przekroczy granicę między subtelnym dowcipem książki Tolkiena a tandetną hollywoodzką potrzebą: “każda drużyna musi mieć swojego Jar Jar Binksa a najlepiej kilku” – może wyjść kiepska – acz kosztowna – powtórka z fenomenalnych “Bandytów czasu” Terry’ego Gilliama. Tylko że, niestety, konwencja “Hobbita” to nie to samo co wizja Gilliama.
Krasnoludy to w ogóle producencki strzał w stopę. Jakoś – na chwilę obecną – nie wydaje mi się, abym był w stanie rozczulić się nad umierającym Thorinem…
2. Idź precz Aragornie, czyli dlaczego nie chcemy historii miłosnych.
Tu akurat sprawa jest prosta: Arwena z Aragornem to nie ta bajka. Filmowy “Władca Pierścieni”, mimo wszystkich swoich niedociągnięć, oddaje klimat książki. Jest epickim poematem, ma w sobie i rozmach i “rycerskość”. Chociaż część epizodów toczy się nieco innym torem, duch opowieści został zachowany.
Tymczasem “Hobbit”, który jest w założeniu przygodowym questem nie zagnieżdżonym w geograficzno-historycznej mieszance, jest o tyle niebezpieczny do realizacji, o ile musi wpasowywać się we obowiązujący wzorzec superprodukcji fantasy. Gdzie tam miejsce na miłość (no chyba, że homoseksualną, ale taki samobójca jeszcze się nie narodził)? Mówimy o dylogii – musimy się zatem liczyć z dodaniem pewnych “wchłanialnych” przez widzów elementów produkcji fantasy. Miłość jest rozpatrywana zawsze na pierwszym planie.
I tu rodzi się moja największa obawa: pal licho tego Aragorna i jego zaręczyny! Ja się zwyczajnie boję, że zmieni się zupełnie wydźwięk książki. Książki hobbicko-krasnoludzkiej, a nie elfio-ludzkiej. Najpopularniejsza i najbardziej popkulturowa para fantasy ukradła już show Frodowi i jego obrączce – nie zgadzam się przez to na zamianę środka ciężkości w “Hobbicie”.
Podobne – chociaż mniejsze – obawy mam w przypadku poszerzania wątków w celu wprowadzenia postaci znanych nam już z jacksonowskiej trylogii: Froda, Legolasa, Arweny – postaci, które mogłyby się znaleźć na trasie wycieczki do Smauga, ale o których Tolkien nie wspominał. I zauważcie: wymieniłem trzy najbardziej rozpoznawalne postacie z filmu – czy jakikolwiek reżyser oprze się pokusie “wciśnięcia” ich w fabułę pozostającą w chronologicznym i geograficznym związku z Władcą Pierścieni? No cóż dowiemy się tego i tak.
3. Bajka Del Toro, czyli dlaczego zobaczymy wizję Jacksona.
Guillermo Del Toro dorobek artystyczny ma niezły – od klasycznych horrorów (Kręgosłup diabła) do popularnych adaptacji komiksu (Hellboy). Na ile ten gatunkowy miszmasz może posłużyć “Hobbitowi”?
Teoretycznie: super. Del Toro to świetny rzemieślnik, jego światy przedstawione są bardzo sugestywne. Do naszej rzeczywistości przemykają duchy, demony, postacie rodem z legend; mimo swojej nierzeczywistości nigdy nie są nielogiczne. Jako reżyser świetnie też operuje nastrojem, potrafiąc naprzemiennie przemycać grozę i humor, opowiadać bajki dla dzieci w sposób ledwie przystępny dla dorosłych. To jest mistrzostwo. Dzięki temu “Hobbit”, mimo, że targetowany na młodego widza może zainteresować fanów mroczniejszych opowieści. W końcu mamy trolle, gobliny, smoki i wielką bitwę ze śmiercią jednego z głównych bohaterów. Epos jak się patrzy. Tak, teoretycznie ten film może być wielkim widowiskiem, teoretycznie, może być filmem docenionym przez krytykę, teoretycznie, dlaczego nie? – przeca Del Toro reżyseruje. Cóż.
Praktycznie: tolkienowskim światem rządzi wizja Jacksona, który jest i producentem i scenarzystą filmu. Jak myślicie, jak będą wyglądali elfowie, orkowie i inne takie? Jak myślicie, jak będzie wyglądała Bitwa Pięciu Armii skoro animacje, tak jak w przypadku trylogii Jacksona, robi WETA DIGITAL? Jak bardzo świat Del Toro będzie oryginalny w stosunku do Śródziemia swojego poprzednika?
Ja już wiem. Ale nie powiem.
4. Sequel nienapisanego, czyli fruń Fantazjo!
W myśl powiedzenia: “grosik za twoje myśli”, oświadczam, że oddam najbliższą wygraną w totolotka za myśli obojga scenarzystów w przypadku podziału “Hobbita” na dwie części. O ile, zakładam, część pierwsza to znana i bardzo lubiana opowieść samego Tolkiena; to już film drugi jest czystą spekulacją na temat wydarzeń przedhobbitowych. Na pewno wiadomo, że Jackson Del Toro sięgał do dodatków, zawartych w “Powrocie Króla”; ale na ile to będzie związane z Tolkienem a ile ze swobodną interpretacją -trudno powiedzieć. Chociaż skłaniam się raczej do wersji “puszczamy wodze fantazji”.
Co rodzi pewien problem. O ile poprzednia adaptacja Tolkiena jest oparta o fabułę; to już “naddany” Hobbit miałby opierać się tylko na luźnych dopiskach Tolkiena, zebranych do kupy przez Tolkiena syna. Jeśli dodamy dwa plus dwa to okazuje się, że nie dosyć że Jackson Del Toro ma pole do popisów fabularnych to jeszcze będzie skłaniał się do tego, aby w tej dowolności zawrzeć jak najwięcej z filmu Jacksona. Czyli Hobbit 2 będzie łącznikiem pomiędzy “Władcą Pierścieni” a “Hobbitem” właściwym, co może boleć o tyle, o ile nie będzie to łącznik fabularny co formalny. Zobaczymy starych znajomych (bez względu na to, kto ich zagra) i “dowiemy się”, co się działo pomiędzy fabułą obu filmów (ale nie: książek). Czy może powinienem napisać: dowiemy się, co sobie wyobrażał Jackson Del Toro. A to może być niespójne z tym, co chcielibyśmy sami zobaczyć.
Reasumując: pewnie widowisko będzie niezłe, ale z książ… z materiałami, na których będzie bazował może mieć niewiele wspólnego.
5. Władca Pierścieni, czyli nieważne że Del Toro, ważne, że Jackson.
Jak napisałem powyżej, jest problem. Mam wrażenie, że 3/4 świata uważa, że “Władca Pierścieni” jest autorskim dziełem Jacksona i to właśnie ten reżyser jest traktowany jako najlepszy/największy/najbardziej poinformowany znawca Śródziemia. Dosyć niepokojące zjawisko. Jasne jest, że Jackson włożył w adaptację bardzo dużo siebie – ale jakże ciężko jest zrozumieć ludziom, że nie jest to osoba mająca wyłączność na ekranizowanie Tolkiena! Podczas tych wszystkich reżysersko-producenckich perturbacji miałem nadzieję, że uda mi się zobaczyć nową, niekoniecznie mi znaną wizję Śródziemia. Już dawno wiedziałem, że film, ktokolwiek by go nie nakręcił, będzie kalką tego, co zrobił Jackson. Wizja tego reżysera stała się niejako wyznacznikiem – i to nie tylko świata przedstawionego, ale konwencji widowiska fantasy w ogóle. A nie ma nic gorszego na płodnym gruncie fantastyki jak skostniałe myślenie.
Reasumując: martwię się, że “Hobbit” będzie tolkienowskim zwyrodnieniem. Być może, jako widowisko, zachwyci. Być może, wszystkie moje obawy zostaną zrekompensowane… a bo ja wiem? Może umiejętnie napisanym scenariuszem? Może pomysłem? Być może. Im bliżej jednak do realizacji – a jesteśmy na etapie zakończenia prac nad wstępnym skryptem – tym większe mam wrażenie, że bój nie toczy się o zekranizowanie książki Tolkiena, ale o przyciągnięcie do kin fanek Legolasa i Boromira. A kto zorganizuje to lepiej niż Jackson?
Szkoła strachu. “Paranormal Activity”.
Na początek definicja. Kto chce, niech pominie.
Horror (łac. groza, strach), fantastyka grozy – odmiana fantastyki polegająca na budowaniu świata przedstawionego na wzór rzeczywistości i praw nią rządzących po to, aby wprowadzić w jego obręb zjawiska kwestionujące te prawa i nie dające się wytłumaczyć bez odwoływania się do zjawisk nadprzyrodzonych. Zadaniem horroru jest wywołanie lęku i niepokoju u odbiorcy utworu. Pojawiające się w świecie utworu zjawiska fantastyczne podważają ustalone na początku i akceptowane przez bohaterów prawa świata. Różnica między horrorem a thrillerem polega na tym, że w thrillerze zagrożenie ma charakter realny (np. przestępca, epidemia).
Idąc powyższym tropem – a jest mi to niezmiernie po drodze – powrót do prawdziwego horroru to prawdziwa rzadkość. Slashery wszelakie, pełne zdeformowanych ludzi, zwyrodniałych rodzin czy wygłupiających się nastolatków to, okazuje się, nie są horrory jako takie. A nie piszę tak dlatego, że chcę zdeprecjonować ich pozycję a raczej wykazać różnice między horroru formą oryginalną a nabytą (czy raczej: zaadaptowaną).
Po co to analityczne wydumanie? Przedwczoraj w końcu trafiłem na “Paranormal Activity” i, wbrew zdaniu naprawdę wielu osób, jestem pod wielkim wrażeniem. Ok, przez kilka pierwszych minut miałem wrażenie, że zanurzę się za głęboko w fotelu i zasnę – ale to wrażenie minęło bardzo szybko. Siadłem wpatrzony w ekran i oniemiałem.
Na dobrą sprawę, dalej jestem pod wrażeniem, i to nie przedstawionej historii, ale raczej tego, że dwójka nieznanych aktorów plus w większości statyczna kamera ustawiona na komodzie jest w stanie obudzić we mnie instynkty, które, zdawało się, usnęły na dobre w czasach makabreskowej znieczulicy.
Tak, zawsze można napisać: “… ale to wszystko było w “Blair Witch Project“. Nie, nie było. Historia poszukiwania czarownicy z Blair rozgrywa się w mrocznym lesie na mrocznym odludziu. “Paranormal Activity” to atak na stateczne życie w schludnym domku na przedmieściach Filadelfii. Młode małżeństwo, ona z tych uczonych, on – z tych zarabiających. Czasem wyskoczą na imprezę, znajomi czasem też się zjawią, generalnie sielanka. Ale dom chyba trochę nawiedzony. Więc mąż kupuje kamerę i biega z nią po całym domu, robiąc przymiarki do rejestrowania duchów. I demonów.
Nadchodzi noc. Kamera na komodzie leży, rejestruje śpiącą parę i trochę przedpokoju. I cisza. Para śpi, w prawym dolnym rogu kadru czas nieubłaganie biegnie ku kolejnemu dniu. Nadchodzi godzina trzecia…
… i ja już nic nie piszę, oddaję się lękom pierwotnym. Kto chce zobaczyć, co się dzieje o trzeciej w nocy w domu bohaterów – niech pędzi do kina. Ja osobiście nie pamiętam, żeby mi tak serce wyskakiwało z piersi przy statycznym kadrze obejmującym dwójkę śpiących ludzi.
Podobno – a przeczytałem o tym ostatnio – miłośników horrorów można podzielić na dwie szkoły: szkołę “Piły” (acz krzywdzące to w stosunku do pierwszej części) i szkołę “Blair Witch Project”. Jedni wolą zaskakiwanie i odrażające rytuały, które wykonują – lub którym są poddawani – bohaterowie owych filmów; inni – w tym ja – wolą masochistyczne poddawanie się lękom abstrakcyjnym. Niewidocznym. Nieukazanym. Fragmentarycznym.
Umysł ludzki działa tak, że czego nie widzi – to sobie dopowie. A to co sobie dopowiada – zwykle jest po stokroć wyolbrzymione. Potwory, których nie widać; które poznajemy zaledwie po kawałkach skóry, kończyny i innych takich, są znacznie ciekawsze dla “widza obcowania”. Im mniej widać, tym jest straszniej. W “Paranormal Activity” widać… no właśnie: widać, czy nie widać? Wymijająco: widać tyle ile trzeba żeby porządnie się przestraszyć. A, o ile mnie pamięć nie myli – o to chodzi w horrorach?
Traktat o książce niebezpiecznej. “Niekończąca się historia”.
Dzisiaj dla odmiany o książce. Ostatnio udało mi się kupić na dvd “Niekończącą się opowieść” Wolfganga Petersena. Rozrzewniłem się deczko, jako, że to mój pierwszy film fabularny jaki obejrzałem w kinie. Fim jaki jest, każdy widzi, ja jednak dwa słowa o książce Trochę też o jej adaptacji, ale mniej niż więcej. Film znają wszyscy, książkę już nie.
Raczej nikogo nie zdziwię stwierdzeniem, że film (bardzo dobry zresztą) książkową treść zawęża i spłyca. Pamiętać jednak trzeba, że Petersen, przenosząc opowieść na ekran wybrał tylko część wątków do opisu, poza tym fabularnie dochodzi tylko do połowy książki (drugą próbował zrobić – i zrobił, niestety, George Miller, ale lepiej pomińmy to litościwym milczeniem). Fantazjana jest światem mocno chaotycznym i relacje pomiedzy postaciami jak i światami (Fanatazjana vs. nasza Rzeczywistość) są dosyć trudne do uchwycenia i chyba nie do końca możliwe do przeniesienia na ekran (chociaż po obejrzeniu Nagiego Lunchu Cronenberga wierzę już we wszystko w tej materii). Przyznaję, że nie do końca pamiętam książkę – czytałem ją z pięć lat temu – ale na pewno pamiętam to, że o wiele bardziej rozbudowana była postać Gmorka – wilkołaka; jego rozmowa z Atreju w opustoszałym mieście (aż się kłamać odechciewa) a poza tym pewnie jeszcze masa innych wątków, które moja nieidealna pamięć pominęła. Tak to, jak wszyscy wiemy, tak z adaptacjami bywa.
Reasumując, “Niekończąca się opowieść” zrobiła wielkie wrażenie na moim pięcioletnim wówczas umyśle. Bohaterski Altreju, Furchur – smok szczęścia, nieszczęsny Artaks, przerażający Gmork, no i ta wszechobecna Nicość, tak, to była superbaśń z prawdziwego zdarzenia. No i główna sprawa (chociaż zdałem sobie z niej sprawę nieco później): zazębianie się światów i próba stworzenia interaktywnej opowieści – TO dopiero było coś. Do tej pory nie spotkałem się z podobnym eksperymentem – i to dodatkowo jest olbrzymim atutem filmu. Tu nie chodziło o przeniesienie się do innego świata tudzież innego średniowiecza – tu chodziło o żywą relację między światami równoległymi.
Powstały potem dwie tak zwane ‘kontynuacje’ (pożal się Zeusie czy inny boże) filmu: w 1990 wspomniane – za przeproszeniem – ‘dzieło’ Millera (z bożyszczem nastolatek Jonathanem Brandisem w roli głównej) i, cztery lata później jeszcze coś, co zostało opatrzone liczebnikiem ‘3′, ale z fimu pamiętam tyle, że mi obrzydził i kino i Fantazjanę i jedzony w tamtym momencie obiad. Dałem sobie spokój z taplaniem się w “Niekończącej się opowieści”.
Na książkę trafiłem dziwnym przypadkiem, może nie aż tak jak Bastian Bux w pierwszej części filmu, ale na pewno w okolicznościach nie do końca wyjaśnionych. O ile pamiętam, miałem jeszcze pewne opory moralno-estetyczne przed wzięciem do ręki książki z okładką koloru różowego – ale przemogłem się, zacząłem czytać i…
… i, jak to się mówi, wsiąkłem. Niezwykła forma książki (dwukolorowy druk) i przede wszystkim sama historia stała sie tak piękna, jak wtedy, kiedy miałem 5 lat. Opowieść, którą znałem, nabrała zupełnie nowych kolorów i znaczeń.
To nie jest łatwa książka. Czasem nawet niebezpieczna. Czasem przeraża. Ale jest piękna, chociaż świeci światłem odbitym – autor nie stawia sobie za zadanie stworzenia niesamowicie spójnej wizji świata przedstawionego, skutego logiką jak łańcuchami. Rozumie się to samo przez się – przecież sam tytuł mówi, że nie będziemy mieli do czynienia z rzeczywistością kompletną i całkowitą. Poruszamy się w świecie fantazji – i nie zapominamy o tym ani przez chwilę. Przyznam, że pierwsza część książki (czyli treść filmu Petersena), wciągnęła mnie umiarkowanie; bardziej fascynowało mnie czytanie książki w dwóch kolorach niż sama treść, którą doskonale znałem. Kiedy jednak doszedłem do momentu nadawania imienia Cesarzowej, do mojej, nie zawsze lotnej, głowy wtargnęło pytanie: chwila jestem w połowie książki – a historia już się kończy? Jak to możliwe? Ale, jak już wiemy, ta historia jest ‘niekończącasię’.
Kiedy, po kilku stronach, okazało się, że mam do czynienia z historią opowiedzianą w sequelu filmu, to, cytując Księgę Hioba: Strach mnie ogarnął i drżenie. Zacisnąłem jednak zęby i brnąłem dalej. I w miarę postępu, szczęki mi się rozluźniały, a ja zastanawiałem się (do dzisiaj zresztą), dlaczego Ende nie wytoczył procesu tym partaczom z Hollywood?! Potworek filmowy, jaki nam zaserwował Miller, kompletenie obdarł Fantazjanę z uroku. Kontynuujmy: historia Bastiana-Bohatera, abstrahując od wszelkich teorii na temat chłopięcych marzeń, itede, itepe, pochłania piekielnie; wielki szacunek dla psychologii przedstawionych postaci i specyfiki miejsc tworzonych przez autora; wiem, że nie są może świeże i orginalne, ale i Lew o (idiotycznym – sorrki) imieniu Wiele Barw, Kolory Tęczy, czy jakoś tak; i – a może przed wszystkim – mój ulubiony Ygramul (czyli Mrowie) robią wrażenie i pozostawiają po sobie niezatarty ślad w pamięci. Natomiast Miasto Cesarzy rządzone przez – chyba – małpę do tej pory budzi moje przerażenie. Nie boję się jego opisu; boję się tego, że będąc na miejscu Bastiana, istniałoby pewne prawdopodobieństwo, że również skończyłbym w tym miejscu… Brrrr… Nie cierpię tego w bajkowych światach: prawie zawsze jest jakiś wyrzut sumienia, który pełni rolę niedopowiedzianego morału i – jak dla mnie – ostrzeżenie: Masz swój świat? To siedź w nim, bo w moim skończysz źle.
No tak, a na koniec… cóż, mówiąc nieco przewrotnie, ta książka rzeczywiście nie ma końca. Starzec Kronikarz mieszkający we wnętrzu Wędrownej Góry mocno zaciska narrację w swojej garści, przez co zapominamy o zupełnie nieistotnej instytucji pisarza (ten Ende spotkał Starca i zerżnął od niego ze dwa rozdziały) i, przez jedną cudowną chwilę, naprawdę czujemy sie uczestnikami tej niekończącej się opowieści.
Chciaż, może mnie pamięć zawodzi, ale czy w tej książce nie jest wyraźnie powiedziane, że wszyscy jesteśmy uczestnikami Niekończącej się opowieści (jakkolwiek głupio to brzmi)?
Jeśli tak to ja się piszę…
Jazda nocna z pociągiem. I mięsem.
Niedawno obejrzałem jeden z moich największych braków 2008 roku – “Nocny pociąg z mięsem” Kitamury, faceta od mojej ukochanej “Azumi“. Nie miałem zbyt duzych oczekiwań. Recenzje, jakie odebrałem od znajomych można zebrać w zdaniu “film o facecie, który zabija ludzi w metrze i zawozi ich ciała ludziom-kretom”. Po obejrzeniu filmu, mam wrażenie, że powinienem zmienić znajomych.
Film jest fantastyczny – i to nawet pomijając rolę mojego ukochanego Vinniego Jonesa, który był jedynym czynnikiem, dla którego zacząłem oglądać “Pociąg”. Tak ciekawie zrealizowanej makabreski, zarówno narracyjnie jak i technicznie sprawnej, nie widziałem od niepamiętnych czasów.. Wizualnie – miażdży; fabularnie również, chociaż przyznaję, że przez większą część filmu ma się wrażenie, że “ja już to gdzieś widziałem”. Poza tym, zakończenia i “cykliczności” funkcji rzeźnika domyśliliśmy się z żoną juz w połowie. Bez większego wysiłku. No ale to nie fabuła zachwyciła mnie najmocniej.
Pamiętam, że kiedyśm, po obejrzeniu “Jeepers Creepers” (aka “Smakosz”) zachwyciło mnie, między innymi, jedno rozwiązanie. Widz ogląda wydarzenie, które jest zaledwie wycinkiem żywotu Odwiecznego; nie jest to jakis tam sezonowy potworek, ktory pod koniec filmu się rozpłynie w lawie, ogniu czy innej cieczy (tudzież skończy na haku czy w kuchence mikrofalowej; Wesie Cravenie, dzień dobry). To nie rodzeństwo Jennerów, o cokolwiek dziwnych relacjach między sobą, wiodło prym w filmie – to ów Creeper był bohaterem. Uczucie obcowania z czymś Pradawnym; czymś, co istnieje w ludzkiej podświadomości, o czym krążą legendy, ale funkcjonuje zupełnie poza światem realnym – to wszystko powoduje całkiem sympatyczny dreszczyk na moich plecach i domaga się więcej. Dokładnie to samo uczucie mnie dopadło po obejrzeniu “Pociągu”. I chwała mu za to.
Wstążka biała, ptak malowany. Haneke.
Może i wielkim fanem austriackiego skandalisty nigdy nie byłem, jednak docenić dobre kino potrafię. Dlatego przyznać muszę, że obejrzałem wczoraj “Białą wstążkę” i jestem pod wielkim wrażeniem. Nie ma w tym filmie jakichś szczególnych kontrowersji – co w przypadku Hanekego może wydawać się dziwne – ale i tak pod koniec tej dwuipółgodzinnej sagi wioskowej czuje się, że temat jest gorzki. I z takim przemyśleniem zostawia nas reżyser. Dopowiedzcie sobie sami.
Ponieważ fabuła i konotacje z nazizmem (chociaż nie o narodzinach nazizmu ten film opowiada a raczej o tym, jak podatny grunt pod nazizm przygotowali sobie sami Niemcy) zostały rozwałkowane na czynniki pierwsze w każdej gazecie i w każdym portalu zajmującym się kinem – wszak “Biała wstążka” to Złota Palma Cannes 2009 – pomińmy ten element. Warto jednak wspomnieć, że, mimo trudnego tematu, najnowszy film twórcy głośnej “Pianistki” ogląda się z zapartym tchem, niczym relację rodzinną z innej epoki. Jak to stwierdziła moja żona: “ten film mógłby się nigdy nie skończyć” – tylko trwać, trwać, śledzić losy mieszkańców, pokazywać miłości, zbrodnie, a to wszystko spinane narracją z offu, wspomnieniami jednego z uczestników przedstawionych wydarzeń.
Przyznam, że po tym co usłyszałem o filmie, moja chętnie chłonąca makabreskę głowa pomyślała: jak Haneke robi kontrowersyjny film o niemieckiej wsi początku wieku – ani chybi, będzie zagraniczna wersja “Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego. Ależ się moja głowa pod tym kątem zawiodła! Zło, które ukazuje reżyser jest o wiele bardziej subtelne, chociaż – tak jak u Kosińskiego właśnie – to nie ludzie są oskarżeni ale raczej ogólna mentalność i tożsamość historyczno-społeczno-narodowa. Zło, które pokazuje “Biała wstążka” to nie wina (nie wyjaśniona do końca zresztą) sprawców a raczej systemu i egzekucji sprawiedliwości, która zresztą okazuje się być bardzo relatywnym pojęciem. Zło u Hanekego to tytułowa biała wstążka właśnie, która ma symbolizować niewinność, a która obnaża jedynie pustotę tego terminu.
Na pewno kawał dobrego kina oraz pozycja obowiązkowa dla wszystkich zastanawiających się nad psychiką prostego żołnierza Wermahtu odesłanego do wartowania w obozie koncentracyjnym.
“Martyrs”. Wnioski z męczeństwa.
Opowieści od strzała: Marzenie.
Na parapecie w kuchni stała szklanka. Zwykła, bezbarwna, niczym nie wyróżniająca się szklanka. Czasem ktoś pił z niej herbatę, czasem ktoś rozcierał mąkę, a czasem ktoś wstawiał w nią kwiaty. Ani ludzie, ani inne sprzęty nie zwracały na szklankę zbyt wielkiej uwagi.
Szklanka stała na parapecie i marzyła. Cóż innego może robić szklanka? Czasem wyglądała przez okno, czasem obserwowała krzątających się w kuchni gospodarzy, najczęściej jednak jej wzrok skierowany był na kredens, gdzie, za ornamentowaną szybką stały dumnie i niedostępne kieliszki. Nasza szklanka oddałaby wszystko co miała, za kilka chwil spędzonych na tej półce. Powód był prozaiczny – była beznadziejnie zakochana w kieliszku do szampana.
Stał tam od niepamiętnych czasów: smukły, wyniosły, arystokratyczny. Nawet jego współtowarzysze spoglądali na niego z szacunkiem. Kieliszek stał wytrwale w jednym miejscu i wzrok miał wbity w nieskończoność. Nie zwracał uwagi na gwar w kuchni, na sprzęt, na ludzi, ani, tym bardziej na biedną szklankę z parapetu.
Nasza bohaterka cierpiała niezmierzone katusze, bo i cóż miała robić? Kim była dla szlachetnego kieliszka, wyjmowanego z kredensu jedynie na uroczyste okazje, pospolita szklanka, stworzona do pospolitej pracy? Ba, kieliszek nawet nie wiedział o jej istnieniu i prawdopodobnie nigdy nie miał się dowiedzieć! Dlatego też szklanka była bardzo nieszczęśliwa i, gdyby to było możliwe, na pewno miałaby złamane serce. Taki jest niestety los pospolitej szklanki z parapetu beznadziejnie zakochanej w kieliszku do szampana.
Aż, któregoś dnia, coś się zmieniło. Szklanka ze zdumieniem odkryła, że pomiędzy parapetem a kredensem pojawił się znikąd wielki szklany blat, a na jego środku stał… On! Kieliszek do szampana! I patrzył się na nią z wyczekiwaniem!
Szklanka, gdyby umiała, to zemdlałaby z wrażenia. Oto obiekt jej westchnień, do dzisiaj czysto hipotetyczny i zupełnie nierealny, stał w jej zasięgu. Nie było dla nie jasne, co się stało, skąd wziął się blat i dlaczego na jego środku stał ukochany kieliszek. Ale przecież nie było to ważne! Mogła się w końcu do Niego zbliżyć, być przy Nim, dzielić z Nim jedną przestrzeń, a On.. On na nią czekał!
Szklanka nawet nie wiedziała kiedy i jak znalazła się przy swoim Ukochanym. Zapadła chwila wyczekiwania, rozkosznie długa i jednocześnie niemiłosiernie przeciągająca się. On patrzył na nią z dobrocią, łagodnością i tak wielką czułością, że gdyby szklanka miała nogi, na pewno by się pod nią ugięły. A ona, mała i skromna wyrażała całą sobą bezgraniczne uwielbienie i niepohamowaną radość ze spełnionego marzenia.
- Jak… jak to możliwe? – szepnęła szklanka.
- Marzyłaś o mnie, więc o to jestem – odpowiedział kieliszek. – Jestem i będę tu do końca naszego trwania.
Szklance ze wzruszenia zawirował świat.
- To… to prawda? Marzenia się spełniają? Będziesz mnie kochał tak jak ja kocham ciebie? Na zawsze?
- O, tak - powiedział. – Będę cię kochał tak jak ty mnie kochasz. Na zawsze.
- I nic nas nie rozłączy?
- Nic nas nie rozłączy.
- Jak masz na imię? Czy zdradzisz mi swoje imię? – wyszeptała wzruszona szklanka.
- Nie wiesz? Nie domyślasz się?
- Nie, najdroższy. Nie znam twojego imienia.
- Złudzenie – oparł kieliszek. – Tak brzmi moje imię.
“Ach..“, zdążyła tylko pomyśleć szklanka, ześlizgując się nagle z wyimaginowanego blatu i rozsypując się w drobny mak.